Najwyższe stanowisko w Polsce

Jan Głąbiński

|

Gość Krakowski 46/2015

publikacja 12.11.2015 00:00

Zaszczepiają miłość do gór, ale i ratują życie. Upragnioną blachę na piersi nosi prawie 600 osób.

 Krótka przerwa na niezwykłe opowieści, jakimi zawsze dzielą się przewodnicy ze swoimi grupami Krótka przerwa na niezwykłe opowieści, jakimi zawsze dzielą się przewodnicy ze swoimi grupami
Jan Głąbiński /Foto Gość

Choć przewodnictwo górskie zostało sformalizowane dopiero 140 lat temu, jego początki sięgają XVI w. Z tego właśnie czasu pochodzi pierwsza wzmianka o małej grupie, która wyszła w góry. – Chodzi o Tatry słowackie. Była to wędrówka pewnej księżnej do Zielonego Stawu – mówi Apoloniusz Rajwa, przewodnik górski od 60 lat, absolwent geografii Uniwersytetu Jagiellońskiego. Pod koniec XVII wieku w Tatry zaczęli docierać także naukowcy. Jednak pierwsze wejścia były zawsze organizowane od słowackiej strony. – Tam było łatwiej i zdecydowanie szybciej można było dostać się pod górskie skały – zaznacza A. Rajwa.

Zamiast szlaku jarmark

On sam słynną blaszkę odebrał w 1967 r., i to w szczególnym miejscu, bo na Gerlachu. Potem od razu zaczął prowadzić turystów. Pierwsza grupa była wyjątkowa. – To byli partyjni aparatczycy z żonami. Nikt nie chciał ich wziąć. Ja się ulitowałem. Owi turyści mieli niesamowite ambicje, chcieli zaliczyć Zawrat, Kasprowy Wierch, Morskie Oko. W schroniskach to nawet szynka się znalazła, żeby ich ugościć. Niemniej jednak kobiety nie dawały sobie rady podczas trudnych podejść i trzeba było je pchać. Z boku to wyglądało bardzo śmiesznie, ale mnie do śmiechu nie było – wspomina przewodnik. – Bywało i tak, że przyjeżdżałem do grupy na umówione miejsce i godzinę, a nikt nie czekał. Okazywało się potem, że po prostu potencjalni turyści mocno zabalowali. A żeby w papierach związanych z delegacją wszystko się zgadzało, niektórzy prosili, żeby ich zabrać na... jarmark do Nowego Targu. Oczywiście, nikogo górskie szczyty nie interesowały – śmieje się przewodnik tatrzański. Innym razem grupa, z którą wracał z Kir, musiała wypić kieliszek wódki za zdrowie nowożeńców. Chodziło o ślub Andrzeja Zielińskiego z zespołu Skaldowie. Przewodnik musi się liczyć także z wieloma sytuacjami, kiedy trzeba zachować zimną krew, a pierwsze decyzje są szalenie ważne. – W mojej historii górskiego przewodnictwa miałem trzy wypadki i zdarzyły się one w ciągu jednego tygodnia. Podczas wychodzenia na Halę Gąsienicową, na Przełęczy Między Kopami, nagle jedna z dziewczyn osunęła się na ziemię i straciła przytomność. Chorowała, jak się potem okazało, na cukrzycę. Innym razem schodziłem ze szlaku, a młodzi chłopcy chcieli szybko pokonać odcinek. Jeden z nich potknął się i złamał nogę. Nie było wyjścia i do Kuźnic musiałem nieść poszkodowanego na przemian z nauczycielem, a chłopak ważył całkiem sporo. Trzecia historia dotyczy nagłego ataku padaczki, który udało się opanować – wspomina A. Rajwa.

Pierwsza kobieta przewodnik

W historii przewodnictwa tatrzańskiego szczególnie ważny był 1948 rok. To właśnie wtedy Zofia Radwańska-Paryska, jako pierwsza kobieta, została licencjonowaną przewodniczką. Obecnie w gronie przewodników tatrzańskich jest około 600 osób (z czego około 30 proc. kobiet). Wielu z nich, oczywiście, jest już na zasłużonej emeryturze. Przewodnicy zrzeszeni są w kilku kołach. Najważniejsze i najliczniejsze z nich to Stowarzyszenie Przewodników Tatrzańskich im. Klemensa Bachledy (rok założenia 1951) i Koło Przewodników Tatrzańskich im. Macieja Sieczki w Krakowie (rok założenia 1954). Wszystkie organizacje przewodników podlegają pod Centrum Przewodnictwa Tatrzańskiego w Krakowie. To ono, wspólnie z Urzędem Marszałkowskim, przeprowadza egzaminy uprawniające do samodzielnego oprowadzania po Tatrach. Obowiązek posiadania przewodnika tatrzańskiego w czasie wędrówki po górach mają grupy szkolne. Warto jednak pamiętać, że po szlakach w Tatrach słowackich można się poruszać bez przewodnika. – Trzeba jednak zawsze zachować zdrowy rozsądek, aby nie doszło potem do przykrych sytuacji – mówi stanowczo pan Apoloniusz. – Niestety, coraz częściej zdarzają się grupy, w których mało kto jest zainteresowany historiami tatrzańskimi. Młodym towarzyszą wszelkie możliwe urządzenia elektroniczne. Oni, idąc po szlaku, pozostają w swoim wirtualnym świecie. Ograniczają się jedynie do zrobienia sobie „słitfoci” i na tym koniec – przyznaje A. Rajwa.

1200 wycieczek

Pan Apoloniusz dostał niedawno prestiżowe alpejskie odznaczenie, czyli Złotą Tarczę. Znalazł się w gronie trzech Polaków (obok papieża Jana Pawła II i Romana Kubiny), którzy ją otrzymali. Jest skarbnicą wiedzy na temat górskiego świata, nie tylko tego tatrzańskiego. Po górach oprowadził w ciągu 60 lat około 1200 wycieczek, z czego każda liczyła po 30–40 osób. – Wiele osób odzywa się po latach, dzwoni, pisze listy elektroniczne. Dziękują za przekazaną wiedzę, którą teraz dzielą się ze swoimi dziećmi, chodząc po tatrzańskich szlakach – cieszy się A. Rajwa, który ma za sobą także kilkuletnią pracę w Obserwatorium Meteorologicznym na Kasprowym Wierchu. – Wtedy miałem najwyższe stanowisko pracy w Polsce. W ogóle przewodnicy tatrzańscy, zwłaszcza niektórzy, wykonują swoje zawodowe obowiązki na sporych wysokościach – śmieje się A. Rajwa.