Serce bije w „Czeczenii”

Monika Łącka

|

Gość Krakowski 36/2016

publikacja 01.09.2016 00:00

W tym niezwykłym warsztacie piękne zabytkowe meble dostają drugie życie, a na kiermaszu znajdują nowy dom. Trafiają tu także meble współczesne, które się zepsuły albo komuś znudziły. Kupić można je za grosze.

	Praca nad monstrancją w kształcie logo ŚDM, która służyła podczas adoracji w parku Jordana, była dla kompanionów swoistą modlitwą. Praca nad monstrancją w kształcie logo ŚDM, która służyła podczas adoracji w parku Jordana, była dla kompanionów swoistą modlitwą.
Monika Łącka

tekst i zdjęcia Monika Łącka monika.lacka@gosc.pl Odnawianie mebli starych, zrobionych z drewna, daje dużo radości. Bo drewno to jakość i estetyka. Ono jest wdzięczne i żywe. Nie to co paździerz z salonów meblowych. Paździerz nie ma duszy – tłumaczy pan Janek, oprowadzając po kiermaszu prowadzonym w Nowej Hucie przez krakowską Wspólnotę „Emaus”. Przyszedł tu wiosną 2015 r., gdy postanowił odbić się od dna. – Zalegałem z czynszem, więc w końcu dostałem eksmisję. Po stracie mieszkania przeszedłem mocne załamanie. Wylądowałem w szpitalu w Kobierzynie, najpierw na oddziale psychiatrycznym, a potem na odwyku, bo miałem duży problem z alkoholem. W końcu terapeutka powiedziała mi o „Emaus” i rzeczywiście – tutaj jest mi dobrze! Zasada jest prosta: zero alkoholu, a terapią jest praca, którą lubię i szanuję – zapewnia, pokazując swoje małe wielkie dzieła. – Do tej szuflady dorobiłem nogi, a pani, która u nas maluje i ozdabia meble, zrobiła z niej takie cudeńko, że każdemu się spodoba – zachwala.

Złotówka na wagę złota

Na os. Willowym 29, na kiermaszu Wspólnoty „Emaus”, znaleźć można dosłownie wszystko. Na parterze, oprócz mebli wszelkiego gatunku (niektóre przywodzą na myśl wystrój młodopolskiego mieszkania albo dawnego wiejskiego domu), na nowych właścicieli czekają także wersalki, krzesła, fotele, dziecięce foteliki, używane lodówki, pralki, telewizory i drobny sprzęt AGD. – Mamy też lampy. Niektóre wyglądają tak, jakby były z kryształu, a są ze szkła. Lśnią, bo często je czyścimy – tłumaczy pan Janek. Sprzedażą tych wszystkich skarbów zajmuje się m.in. pan Marcin. – Kiedyś miałem taki plan: z noclegowni, z której przez pewien czas korzystałem, chciałem iść na Słowację, by tam szukać szczęścia. Dowiedziałem się jednak o „Emaus” i w grudniu miną dwa lata, odkąd tu jestem. Tyle czasu już nie piję! Jak dugo zostanę? Nie wiem, bo innej pracy pewnie nie znajdę – mówi, przyjmując zaliczkę za wersalkę, która wygląda na prawie nową. Pani, która ją zamawia, bardzo się spodobała. Cena też jest nie byle jaka – 200 zł to okazja, jakiej w sklepie się nie znajdzie. – Ludzie oddają nam to, co chcieli wyrzucić na śmietnik, ale przecież rzeczy, które nie są zniszczone, mogą się jeszcze komuś przydać. Czasem ktoś kupuje nowe meble i po roku już ich nie chce, bo ma nowy pomysł na urządzenie mieszkania. A u nas i takie meble znajdą nowy dom. Na kiermasz przychodzą bowiem albo kolekcjonerzy perełek, albo ci, którzy mają nieco mniej pieniędzy – wyjaśnia pan Janek. Na piętrze pełno jest natomiast używanych ubrań, butów, naszyjników, zabawek, książek, obrazów, naczyń, zastaw stołowych i drobiazgów, które sprawdzają się w roli upominków – aniołków, porcelanowych laleczek czy flakoników o niebanalnym kształcie. – Niektóre rzeczy kosztują zaledwie złotówkę. Nawet taka symboliczna cena dla wspólnoty znaczy bardzo dużo, bo wszystko, co sprzedajemy, pozwala na jej utrzymanie – tłumaczy pani Maria, która zarządza tą częścią kiermaszu. Intuicyjnie wycenia towar, układa wszystko na półkach i serdecznie wita każdego klienta. Wspólnocie spadła z nieba, bo do pracy tutaj potrzebny był ktoś z talentem do handlu, i to takiego, który nie jest nastawiony tylko na zysk. – Lubię ludzi i wiem, że warto im pomagać. Zajęcie, jakie dostają panowie ze wspólnoty, jest im bardzo potrzebne, bo dzięki niemu i oni na nowo czują się komuś potrzebni. Klienci też to rozumieją. Niektórzy kiermasz odwiedzają codziennie albo nawet dwa razy dziennie. Inni nieco rzadziej, ale zawsze znajdą coś dla siebie – opowiada, a Grzegorz Hajduk, od 2004 r. szef wspólnoty, dodaje, że dla „Emaus” najważniejsze jest to, by jak najwięcej osób dowiedziało się o kiermaszu i stolarni. – Z kiermaszu żyjemy i dajemy radę, dlatego chcielibyśmy, by zawsze działał tak dobrze, jak teraz, albo jeszcze lepiej. Serce wspólnoty bije natomiast w naszej „Czeczenii”, czyli w domu i stolarni – mówi.

Szansa na lepsze jutro

Pomysłodawcą Ruchu Emaus, założonego pod Paryżem w 1949 r., był zmarły w 2007 r. francuski kapucyn znany jako L’Abbé Pierre. Obecnie na całym świecie istnieje ponad 400 wspólnot działających według idei o. Piotra (opartych na chrześcijańskich wartościach) i wciąż powstają kolejne. Do Polski wspólnota przywędrowała w 1995 r., a do Krakowa – w 2003 r. Założyło ją tu nowosądeckie Towarzystwo Pomocy im. św. Brata Alberta, które również należy do międzynarodowego Ruchu Emaus. – Początkowo na os. Willowym mieścił się nie tylko kiermasz, mieszkali tu również kompanioni (tak z języka francuskiego nazywają się mężczyźni należący do wspólnoty). Warunki były trudne, dlatego naszym celem była budowa domu, który miał być nie schroniskiem, ale miejscem, gdzie kompanioni będą się na nowo uczyć życia – opowiada G. Hajduk. Wymarzony teren znalazł się w 2007 r. przy ul. Czeczeńskiej 25, pomiędzy Branicami, Przylaskiem Rusieckim i Kościelnikami. Przekształcenie działki z rolnej w budowlaną zajęło trochę czasu, lecz gdy wiosną 2011 r. budowa mogła wreszcie ruszyć, dom w stanie surowym powstał w ekspresowym tempie. – Nie byłoby to możliwe bez wsparcia międzynarodowego Ruchu Emaus. Wykończenie trwało za to kilka lat, bo to zadanie należało do kompanionów, którzy krok po kroku urządzali dom tak, jak chcieli. A o to, co zrobi się samemu, dba się przecież podwójnie – tłumaczy G. Hajduk. Dziś w pięknie położonym domu (wokoło są tylko hektary zieleni) mieszka 10 mężczyzn, którzy w „Czeczenii” znajdują ciszę, spokój i szansę na przemyślenie ważnych spraw. – Kompanioni tworzący obecną ekipę to dobrze zgrany zespół i wiem, że wykonali ogrom pracy nad sobą. Są na dobrej drodze do odrodzenia, choć nie jest to łatwe i nie każdemu się udaje. Ważne jednak, że próbują i choć rzeczywistość czasem jest szara i skrzecząca, to życie pokazuje, że lepsze jutro jest tu możliwe – przekonuje szef wspólnoty.

Jak tłumaczy, ta praca uczy go, że nigdy nie wolno się poddawać i zawsze trzeba dać człowiekowi kolejną szansę. – Byli tu już panowie, którzy szybko rezygnowali, bo regulamin wydawał się im za twardy, a oni chcieli jeszcze „wolności”. Potem jednak wracali i stawali na nogi, by wyjść ze wspólnoty, mając już w życiu cel. Niektórzy dzwonią do dziś i mówią, jak się im układa – opowiada. We wspólnocie nie ma ram czasowych, po których trzeba opuścić dom i zacząć życie na własny rachunek. – Odejście ma być własną, przemyślaną decyzją. Chodzi o to, by każdy był na to gotowy, a są osoby, które pewnie nigdy nie opuszczą domu, bo tylko tu – wśród „swoich” i z jasnymi zasadami – potrafią dobrze funkcjonować. Poza domem się pogubią – nie kryje G. Hajduk. Tego też nauczyło go życie. – Przed laty najpierw do Nowego Sącza, a potem do Krakowa przyszedł z Poznania pewien zdolny stolarz. Cały swój dobytek ciągnął na wózku. Po 5 latach postanowił odejść. Zgodziliśmy się, bo widać było dla niego nadzieję. Znalazł jednak pracę, w której wszyscy pili. On też w końcu wrócił do nałogu. Próbowaliśmy go ratować, ale nie chciał i wstydził się prosić o pomoc. W końcu zmarł. Gdyby został z nami, pewnie dalej by żył – opowiada szef krakowskiej wspólnoty.

Dla Boga i ŚDM

By w „Czeczenii” wszystko działało jak trzeba, jeden z panów zajmuje się kuchnią, inni sprzątają, dbają o kurnik oraz ogród pełen warzyw, pracują w stolarni, sklepie i w transporcie. – „Emaus” organizuje też bowiem przeprowadzki (za bardzo konkurencyjną stawkę), za niewielką opłatą odbiera wielkogabarytowe odpady i rzeczy, które po renowacji w warsztacie trafiają na kiermasz – opowiada G. Hajduk. W samym warsztacie praca wre od świtu do wieczora. – Szafa czeka na odnowienie, stół na wykończenie, a krzesło na ozdobienie. Czasem nawet nie mam czasu, żeby na chwilę usiąść – śmieje się kompanion odpowiedzialny za stolarnię. – Umówmy się, że mam na imię Andrzej – prosi. – O monstrancji, którą zrobiliśmy na Światowe Dni Młodzieży, pewnie pani słyszała? – zagaduje. – To dopiero była praca! Wyjątkowa i jedyna w swoim rodzaju, bo dla Pana Boga. Bardzo nas wszystkich cieszyła. Czasu było mało, więc trzeba było dać z siebie wszystko. Chłopcy, co prawda, mi pomagali – m. in. Janek, Arturek – ale koniec końców ta monstrancja spod mojej ręki wyszła – mówi z dumą. Piękna drewniana monstrancja, mierząca 180 cm wysokości i 70 cm szerokości, przez całe ŚDM służyła tysiącom pielgrzymów, którzy w Namiocie Adoracji w parku Jordana trwali na modlitwie przed Najświętszym Sakramentem. – Pomysł wyszedł od Komitetu Organizacyjnego ŚDM Kraków 2016 i bardzo się cieszymy z tego naszego wkładu w ŚDM, jak również z tego, że monstrancja nadal będzie służyła modlącym się. Dowiedzieliśmy się, że będzie wykorzystywana podczas adoracji w kościele św. Wojciecha na Rynku Głównym. Ten projekt pokazał kompanionom, że mogą nie tylko odnawiać meble, ale potrafią zrobić coś więcej. Może teraz, gdy kiedyś upadną, łatwiej będzie im się podnieść? – zamyśla się G. Hajduk. • Szczegółowe informacje o tym, jak skontaktować się ze Wspólnotą „Emaus”, przekazać rzeczy do warsztatu i na kiermasz oraz zamówić pomoc przy przeprowadzce, można znaleźć na: www.emmaus.pl/emaus-krakow oraz pod numerem telefonu: (12) 642 24 68. Kompanioni pracujący w stolarni chętnie przyjmą również zamówienie na to, co – według indywidualnego zlecenia – mogą wykonać z drewna. Ceny nie są zbyt wysokie.