Razem można iść do nieba

Monika Łącka

|

Gość Krakowski 42/2019

dodane 17.10.2019 00:00

Gdy poczuli w sercu głód Boga, zrozumieli, że przeżywają najpiękniejszą przygodę swojego życia. Nie z tej ziemi.

Na początku października wielicka oaza hucznie świętowała swoje 50. urodziny. Na początku października wielicka oaza hucznie świętowała swoje 50. urodziny.
Monika Łącka /Foto Gość

Najpierw 12 kwietnia 1969 roku do parafii św. Klemensa w Wieliczce przyjechał na wizytację kard. Karol Wojtyła. Życzył wtedy młodym, by „kształtowali się jako nowi ludzie, na miarę naszych czasów”. Te prorocze słowa przyszłego papieża oraz jego wpis można znaleźć w kronice oazy, która… wtedy jeszcze nie istniała.

Kilka miesięcy później wikariuszem został tam pełen energii kapłan, ks. Władysław Gil. – Prawie natychmiast nawiązałem kontakt z centralą Ruchu Światło−Życie w Krościenku nad Dunajcem. Pojechałem też do Krościenka na pierwszą oazę, gdzie ks. Franciszek Blachnicki gromadził księży z całej Polski i uczył ich zmian posoborowych – wspomina ks. prałat Gil, emerytowany proboszcz parafii św. Barbary w Trzebini. Niebawem kapłan zmiany te zaczął wdrażać na wielickiej ziemi.

Oni się nie bali

50 lat temu, w sierpniu 1969 roku, ks. Władysław Grohs, ówczesny proboszcz parafii św. Klemensa, wysłał trzech chłopców na kurs lektorski do Jazowska. Nie przypuszczał, że tam nie dojadą. – Droga prowadziła przez Krościenko. Zgłosiliśmy się na Kopią Górkę i… zostaliśmy tam dwa tygodnie – śmieje się Piotr Dobosz, obecnie lektor senior. Chłopcy przeszli szkolenie u ks. Franciszka Blachnickiego i po dwóch tygodniach, 28 sierpnia, zostali dopuszczeni do służby podczas Mszy św. – We wrześniu nieświadomy niczego proboszcz wyjechał na urlop, a my zabraliśmy się do pracy. Do wysiłku mobilizował nas ks. Gil, który dawał nam swój czas, serce i uśmiech – opowiada P. Dobosz. W tym samym czasie powstała też dziewczęca schola. Pełną oprawę pierwszej posoborowej Mszy św. rodząca się oaza przygotowała na niedzielę 21 września na 8.00. – Proboszcz, kiedy już wrócił, przyglądał się tym nowościom z zaciekawieniem, siedząc w konfesjonale i obserwując przebieg Eucharystii. Nic jednak nie mówił. Dopiero po niespełna roku przyjechał do Olszówki, rodzinnej miejscowości ks. Gila, gdzie zabrał nas nasz moderator, i podziękował za taką formę Mszy św. – dodaje P. Dobosz.

„Nowoczesne” Msze odprawiane były co tydzień o tej samej porze. Po Eucharystii i spotkaniu w Meribie (siedzibie oazy, która nazwę tę nosi do dziś) młodzież chodziła nie na kremówki, ale na lody do Rudzika. – Do grupy stopniowo dołączało coraz więcej osób, było w niej bowiem coś, co przyciągało. Młodzi potrafili tworzyć Bożą atmosferę, a nas, kapłanów, zachwycały ich głód Boga, zapał apostolski, zdolność tworzenia wspólnoty i radość z jej przeżywania – mówi ks. infułat Stanisław Olszówka, emerytowany proboszcz parafii Najświętszej Rodziny w Zakopanem, który w Wieliczce pracował blisko pięć lat. Co ważne, w tamtych trudnych, komunistycznych czasach wiele młodych osób bało się jednoznacznie przyznać do Chrystusa. – Ci zaś, którzy należeli do oazy, byli mocni. Potrafili sprzeciwić się władzy, stawiać sobie wymagania i po prostu być sobą w wierności Bogu – zapewnia ks. Olszówka.

Nasza cząstka wolności

W 1973 roku ks. Olszówka wraz z młodym ks. Kazimierzem Jancarzem prowadził rekolekcje w Olszówce. Dobrze wiedział, że służby depczą im po piętach i tylko czekają, aż młodzi zostaną sami. Pewnego dnia kapłani musieli wyjechać na kilka godzin. – Przyszli w kilka osób i zaczęli przepytywać młodzież. Po powrocie pojechaliśmy więc do Mszany Dolnej, do siedziby władz, które kazały nam rozwiązać oazę. Powiedzieliśmy, że nie zgadzamy się na to, bo kardynał, nasz przełożony, nakazał, by rekolekcje trwały 15 dni. Naczelnik stwierdził, że też ma rozkaz od swoich przełożonych. I tak się przekomarzaliśmy. W końcu jednak dał nam spokój. Sytuacja powtarzała się co roku aż do wyboru kard. Wojtyły na papieża – wspomina ks. Olszówka.

Metropolita krakowski miał świadomość, że mieszkańcy miejscowości, w których odbywają się rekolekcje, mają z tego powodu problemy. – Gdy przyjechał do Trybsza, by odwiedzić oazę, poprosiłem go, by podniósł ludzi na duchu. Kardynał powiedział im m.in., by się nie bali, bo jeśli ktoś powinien się wstydzić, to nie oni, lecz ci, którzy ich nękają. Te słowa bardzo podbudowały ludzi. W efekcie nadal nas przyjmowali, choć dostawali za to kolegia – mówi ks. Olszówka. Oazowicze stanęli jednak na wysokości zadania: wszyscy składali się po 10 zł, by ich gospodarze mieli z czego zapłacić kary. – Oaza była cząstką odzyskiwanej przez Polskę wolności. Tak to czuliśmy – przyznaje Urszula Rusecka, od 2015 roku posłanka na Sejm, która z Ruchem Światło–Życie związała się w latach 80. XX wieku. Przekonuje, że wartości, które wyniosła z oazy, są dla niej ponadczasowe i pomagają dobrze wykonywać obowiązki zawodowe. – Wiarę i krzyż animatorski noszę w sercu. Wspólnota nauczyła mnie też umiejętności organizatorskich. Wciąż wspominam rekolekcje we Wróblówce, na których byłam animatorką. Do budynku przygotowanego na 30 osób przyjechało… 130 dzieci. Kucharka wciąż powtarzała, że to jakaś czarna magia, ale daliśmy radę. Żywność mieliśmy z darów – opowiada. Wśród osób wywodzących się z oazy są także m.in. Artur Kozioł (od 2006 r. burmistrz Wieliczki) czy Monika Krzanowska-Mars (prezes Sądu Rejonowego dla Krakowa-Krowodrzy).

Wymagajcie od siebie…

Monika Krzanowska-Mars dobrze wie, że jej zawód jest trudny. – Skoro jednak byłam w oazie – a formacja, jaką tam przeszłam, tkwi we mnie – to wydając wyroki, staram się widzieć Boga nawet w tym człowieku, który zrobił coś złego – zapewnia. W życiu kieruje się słowami św. Jana Pawła II, który prosił, by od siebie wymagać. – Jeśli będziemy mierzyć wysoko, to będzie dobrze, czyli po Bożemu. Warto też widzieć najważniejszy cel życia, jakim jest niebo – podkreśla.

Również Artur Kozioł nie ma wątpliwości, że lata spędzone w oazie ukształtowały jego kręgosłup moralny. – Niektórzy mówią, że spędzili życie w Solidarności. My spędziliśmy je w oazie, przy kościele. Dziś, po latach, często mam poczucie, że zasady, którymi się kieruję, nie są popularne (niewiele osób przyznaje się przecież, że nosi w kieszeni różaniec), a dla części ludzi może nawet kontrowersyjne. Wiem jednak, że kiedyś spotkam się z Bogiem, żeby rozliczyć się z tego, co robię – zauważa burmistrz Wieliczki. Z wielkim sentymentem wspomina też ks. Tadeusza Juchasa (zmarłego w maju 2014 roku kustosza sanktuarium Matki Bożej Królowej Podhala w Ludźmierzu), który przez kilka lat pracował w Wieliczce i był moderatorem oazy. Gdy mały Artur Kozioł sprowadził się do Wieliczki, to ks. Tadeusz, którego spotkał w szkole, zaprosił go, by służył do Mszy św. – Z biegiem czasu stał się on kimś więcej niż przyjacielem. Stał się częścią mojej rodziny, wiele mu zawdzięczam. A koledzy z oazy byli dla mnie, jedynaka, niczym bracia – wspólnie się modliliśmy, graliśmy w piłkę, jeździliśmy na wycieczki. Podczas pogrzebu ks. Tadeusza zrozumiałem, co dała mi oaza. Wtedy zobaczyłem całe swoje oazowe, i nie tylko, życie – opowiada.

To życie można streścić w kilku słowach: – Oaza była niczym powietrze, niczym Facebook dla współczesnej młodzieży. Nią się po prostu żyło. Gdy wychodziłam z domu, mama pytała, dokąd idę. „Na oazę” – odpowiadałam. A ona dziwiła się, co można tyle czasu robić w kościele – mówi Renata Młyńska (w oazie w latach 1982−1992) i zapewnia: – Najpiękniejsze w tym wszystkim było to, że gromadził nas Duch Święty, a najważniejszy był Jezus Chrystus.

Tomasz Masior (we wspólnocie od 1986 do 2001) wyznaje z kolei, że dzięki oazie zaszczepił w sobie głód poznawania Boga. Dzięki rozważaniom Jego słowa wiedział, jak żyć. – Napełniając się przez lata Duchem Świętym i miłością do drugiego człowieka, chciałem dzielić się tym z innymi. Teraz wiem, że Ruch Światło–Życie to dobra szkoła tego, jak wzrastać duchowo i emocjonalnie – przekonuje.

Katarzyna Komnacka (w oazie od 2007 r. do chwili obecnej): – Wchodząc w oazę, zaczyna się przygodę nie z tej ziemi. Z tą wspólnotą można razem iść do nieba! Kiedyś zastanawiałam się, co dziś oaza może dać dzieciom, które mają tak wiele zajęć. Oprócz wskazówek, jak być chrześcijaninem, daje przyjaźń i bycie z drugim człowiekiem. To coś, na co nie da się zapisać. Dla mnie oaza stała się drugim domem.•