Nie widzę przeszkód

Monika Łącka

|

Gość Krakowski 44/2019

dodane 31.10.2019 00:00

Urodził się zdrowy. Dziś widzi w ok. 5 proc. Nie przeszkodziło mu to jednak w pokonaniu na rowerze 3600 km z Krakowa do Santiago de Compostela. Marzy też, by zdobyć Koronę Europy.

▲	− Przed potęgą gór trzeba mieć dużo pokory – mówi J. Płonka. ▲ − Przed potęgą gór trzeba mieć dużo pokory – mówi J. Płonka.
Archiwum Jerzego Płonki

Jerzego Płonki, bo o nim mowa, zawsze i wszędzie było pełno. Genetyczna choroba zaatakowała jego oczy, kiedy miał dwa lata. Dorastał z nią. W pewnym momencie postanowił, że nie ona będzie rządzić jego życiem. – Lekarze nie byli w stanie zatrzymać postępującej degradacji siatkówki oraz pigmentu w plamce żółtej. Stopniowo widziałem coraz mniej – opowiada 29-letni krakowianin. Wzrok tracił przez kilka lat, dzięki temu wiele obrazów zostało w jego pamięci i nie musiał korzystać z laski. Na przekór przeciwnościom losu wiedział, że chce zwiedzać świat, nawet jeśli będzie się to wiązało z większym niż u innych osób wysiłkiem i dodatkowymi siniakami. Jeszcze bardziej pokochał też sport, udowadniając, że niewidoma osoba ma szansę przełamywać kolejne bariery i sięgać po marzenia, nawet te najbardziej szalone.

Przygoda i pielgrzymka

– To nasz polski system trzyma niewidomych w domu, mówiąc: „Uważaj, bo zrobisz sobie krzywdę”. Na szczęście moi rodzice nie zniechęcali mnie do aktywności, tylko mobilizowali – opowiada. Efekt jest taki, że dziś biega maratony (pokonał m.in. słynny maraton nowojorski czy Bieg Rzeźnika), jeździ na nartach (także na skiturach), nurkuje, żegluje, a nawet wspina się w górach. Na poważnie związał się z nimi, gdy w 2009 roku jako pierwszy niewidomy Polak stanął na dachu Europy, czyli na Mont Blanc (4810 m n.p.m.). Jak to możliwe? – Nie widzę przeszkód – uśmiecha się Jurek. Tak właśnie nazwał stowarzyszenie, które założył dwa lata później, by nie tylko łatwiej było organizować kolejne przedsięwzięcia (np. pozyskując na nie granty), ale przede wszystkim, by pokazać innym niepełnosprawnym osobom, że też mogą żyć na pełnych obrotach.

– Ostatnio założyliśmy pierwszą w Polsce sekcję judo dla osób niepełnosprawnych wzrokowo i bardzo zależy nam, aby się rozwijała. Dużym projektem była też wyprawa na tandemach do Santiago de Compostela. Wzięło w niej udział 15 osób – 3 niepełnosprawne wzrokowo i 12 zdrowych, będących ekipą wspierającą – mówi Ania Pochopień, która odpowiadała za logistykę przedsięwzięcia, a prywatnie jest narzeczoną Jurka. Pomysł na taki wyjazd pojawił się spontanicznie, ale początkowo wydawał się abstrakcyjny. Z czasem jednak stawał się coraz bardziej realny i zaczął nabierać rozmachu.

Ilość problemów rosła proporcjonalnie do czasu dzielącego śmiałków od godziny zero, czyli od 1 sierpnia. Trudne było na przykład przewiezienie i serwisowanie za granicą tak dużej liczby rowerów. Żeby z kolei nie wydawać niepotrzebnie pieniędzy (wyprawa kosztowała ok. 50 tys. zł), trzeba było przygotować jedzenie dla całej ekipy na, bagatela, kilkadziesiąt dni. Udało się. U celu, czyli przy grobie św. Jakuba, rowerzyści zameldowali się zgodnie z planem – 49. dnia podróży. Kolejnego dnia przyjechali na przylądek Finisterre. Dla części uczestników najważniejsze było dotarcie do Santiago – chcieli się sprawdzić i uczestniczyć w przygodzie życia. Dla innych cenny był też motyw religijno-pielgrzymkowy. Tak jak dla Jerzego Buczka, który prowadził jeden z tandemów.

– Jurka poznałem kilkanaście lat temu w Medjugorju. Teraz moja żona, która namówiła mnie do udziału w wyprawie, pracuje z jego mamą. Tak dowiedziałem się, że Jurek kompletuje ekipę jadącą do Santiago – wspomina. Kwalifikacje miał, bo dużo biega i jeździ na rowerze, a skoro bardzo chciał pomodlić się przy grobie św. Jakuba, zdecydował, że podejmie wyzwanie. – Gdy byłem już na miejscu (tam naprawdę czuje się ducha modlitwy!), najpierw do grobu poszedłem sam, a potem zaprowadziłem Anię i Jurka – opowiada J. Buczek. Przyznaje też, że myślał, że będzie po prostu opiekunem osób niepełnosprawnych, a okazało się, że sam wiele się od nich uczył.

Co za gość!

Widzący z założenia mieli być oczami niewidzących. Sęk w tym, że ci ostatni „widzą” nieco inaczej – czując i słysząc dużo więcej niż osoby zdrowe. – Gdy jechaliśmy pod liniami wysokiego napięcia, wiedzieli o tym, bo czuli wyładowania, o których ja nie miałem pojęcia. Z kolei gdy mijaliśmy sad, Paweł, brat Jurka, czuł zapach jabłek. Ja nie. Okazało się też, że ma dobrą orientację w przestrzeni. Dobrze się rozumieliśmy – mówi Jerzy Buczek. – W tandemie trzeba się po prostu dograć. Kierujący musi pamiętać o drobiazgach – np. o tym, że za chwilę może mnie uderzyć gałąź. Z kolei osoba siedząca z tyłu nie może przeszkadzać w jeździe, tylko pomagać. Ja nie mam z tym problemu i choć jechałem z kimś, kogo wcześniej nie znałem i kto wcześniej nie prowadził tandemu, już pierwszego dnia pokonaliśmy ok. 90 km i 800 m przewyższenia – opowiada Paweł Płonka.

W tej podróży ważne były też dla niego rozmowy z ludźmi spotykanymi po drodze. Nieprzypadkowymi, bo ci, którzy zmierzają do Santiago de Compostela, są specyficzni, bardzo pozytywni. – Wystarczyło, że ktoś tylko słyszał polski język i zagadywał nas. Tak jak Andrzej ze Śląska, który pieszo pielgrzymował już 28. raz, zawsze idąc inną drogą – dodaje P. Płonka. Z kolei Waldek Pęziak, pytany o wrażenia z podróży, mówi krótko, że wspomnień są miliony. Z Jurkiem Płonką chodził do tej samej szkoły, a później słyszał o jego kolejnych wyczynach. – Fascynowało mnie to. Myślałem: „Co za gość!”, podziwiając, jak łamie bariery. W tym roku, przez wspólnego znajomego, poszliśmy razem w góry. Tam powiedziałem, że mam tandem, a Jurek zaproponował podróż do Hiszpanii. Dziś wiem, że zrobiłem coś, co jeszcze kilka lat temu wykraczało poza moje wyobrażenia – zapewnia. Siatkówkę ma odklejoną w obu oczach i widzi z odległości 5 metrów, ale twarzy kogoś, kto przechodzi obok, nie rozpozna. – Lekarze mówili, żebym przypadkiem nie biegał, bo upadnę i źle się to skończy. Dziś biegam maratony, choć zaczynałem od jednego kilometra – opowiada. Krakowscy rowerzyści jechali trasą, którą sami sobie wyznaczyli. Do Hiszpanii zmierzali przez Słowację, Austrię, Włochy, Francję i Monako. Aż do Barcelony pogoda bardzo im sprzyjała i dopiero tam zaczęły się problemy. – Drugiej nocy w tym mieście nasze namioty pływały, tak bardzo padało. Hiszpania zrobiła nam jeszcze jedną niemiłą niespodziankę – okradziono nas. Ktoś wybił szybę w naszym samochodzie i zniknęło nawet siodełko od roweru, a jedzenie znaleźliśmy na śmietniku – wspomina J. Płonka.

Nie wszyscy jechali cały czas, bo byłoby to niewykonalne. Każdy z uczestników dwa dni jechał na rowerze, a potem dzień w samochodzie. Zmiany następowały też w składzie ilościowym – z Rynku Głównego wyruszyli wszyscy, ale do Żywca dotarło tylko 10 osób. – Od Żywca do Genui i Marsylii było nas siedmioro, a później do Barcelony jechało dziewięć osób. Do celu dotarło zaś sześć. Nie każdy mógł sobie pozwolić na tak długi urlop – tłumaczy A. Pochłopień.

Wrócimy za rok

Prosto z Santiago Ania i Jurek pojechali pod Mont Blanc (pozostałe osoby wróciły do Polski), gdzie w Chamonix dołączyły do nich jeszcze trzy osoby. Wspólnie chcieli wejść na szczyt (idąc od strony francuskiej) w ramach projektu Korona Europy, w którym J. Płonka bierze udział od 2013 roku. By spełnić marzenie, czyli zdobyć wszystkie najwyższe szczyty naszego kontynentu, brakuje mu już niewiele. Niestety, tym razem to pogoda rozdawała karty i trzeba było zawrócić, bo zrobiło się zbyt niebezpiecznie. Na wysokości 3200 m wiatr wzmagał się coraz bardziej, a prognozy pokazywały, że w kolejnych dwóch dniach spadnie dużo śniegu. Dalszą wspinaczkę odradzali też francuscy ratownicy.

– Wrócę tam w przyszłym roku – zapowiada Jurek, który dobrze wie, że przed potęgą gór trzeba mieć dużo pokory i nie warto podejmować niepotrzebnego ryzyka. Zdarzały mu się również trudne sytuacje. Kilka lat temu, gdy wspinał się w Szwecji na Kebnekaise (2111 m) i wraz z osobą towarzyszącą był już niedaleko celu, wiatr zaczął wiać z prędkością 120 km na godzinę, a temperatura spadła do −15 stopni. Dodatkowo Jurek przemoczył ubranie. – Z twarzy zwisały mi sople, była odmrożona. Na czworakach dotarliśmy do małej chatki i tam czekaliśmy 26 godzin na przylot ratowników. Bardzo się ucieszyli, że pomagają Polakom, bo szkolili się w TOPR – śmieje się Jurek. Tłumaczy też, na czym polega wspinaczka osoby niewidomej. – Przede mną idzie pierwsza osoba, która trzyma kijek. Ja trzymam jego drugi koniec. Za mną idzie zaś druga osoba, która podpowiada, jak iść. To ważne, bo dla widzącego nie ma większego znaczenia, czy ścieżka ma 40 czy 20 cm. Dla mnie to duża różnica, bo mogę nieopatrznie zrobić krok w bok, czyli w przepaść – wyjaśnia. Zdradza też, że na 2020 rok ma jeszcze jeden pomysł – tym razem na tandemach, z udziałem większej liczby osób niewidomych, chciałby objechać Polskę. Odważnych zaprasza już dziś. Kontakt ze stowarzyszeniem „Nie widzę przeszkód” można nawiązać przez jego profil na Facebooku.


Partnerem projektu „Na tandemach do Santiago” było miasto Kraków, a rowerzyści, podróżując, promowali za granicą Gród Kraka.