Chodźmy oddać Mu pokłon

Monika Łącka

|

Gość Krakowski 50/2019

publikacja 12.12.2019 00:00

– Chcemy, by wszyscy poczuli, że jest tu miejsce również dla nich, i że to nie my zapraszamy, tylko Chrystus. Naprawdę można Go tam spotkać – przekonują Robert Kowalski, Krzysztof Machaczka i Lech Haydukiewicz.

– Można spędzać czas przed komputerem, tylko po co go marnować, skoro można pięknie świętować 6 stycznia? – mówią Maria i Robert Kowalscy. Na zdjęciu z córkami Marianną i Anią. Ich dwaj synowie też dorastali w tym pochodzie. – Można spędzać czas przed komputerem, tylko po co go marnować, skoro można pięknie świętować 6 stycznia? – mówią Maria i Robert Kowalscy. Na zdjęciu z córkami Marianną i Anią. Ich dwaj synowie też dorastali w tym pochodzie.
Monika Łącka /Foto Gość

Kolędniczy pochód, który 6 stycznia ulicami Starego Miasta przemaszeruje już po raz 10., to nie tylko ich dzieło logistyczne. To także kawałek historii ich życia i wydarzenie, w które od samego początku wkładali mnóstwo sił i serca. – W orszaku dorastały też nasze dzieci (najpierw były pastuszkami, rycerzami, aniołkami, dwórkami, a potem wolontariuszami), a jego organizację wspierały żony– opowiada R. Kowalski, a K. Machaczka dodaje, że orszak jest fenomenem wśród projektów społecznych opartych na wartościach. – I nie chodzi tylko o przesłanie związane z Bożym Narodzeniem oraz Objawieniem Pańskim, ale również o to, co ludzie dają tu sobie nawzajem. To wydarzenie jednoczy, pomimo warunków pogodowych, które są bardzo różne – zaznacza.

Entuzjazm był duży

Każdego roku temu fenomenowi ulega nawet 20 tys. osób. To sprawiło, że orszak musiał podzielić się na trzy człony idące z różnych punktów miasta. – Gdy kiedyś patrzyliśmy na ten kolędujący tłum, L. Haydukiewicz powiedział, jakby nie dowierzając temu, co widzi: „Jacek, co myśmy zrobili...?”. Nie obawiam się więc, że kiedyś zostaniemy pod sceną w kilka osób. Mam jednak świadomość, że to od nas zależy, czy popadniemy w rutynę, czy będziemy mieli pomysły na to, jak przyciągać kolejne pokolenia – mówi Jacek Koźliński, główny organizator krakowskiego Orszaku Trzech Króli w 2020 roku. – On musi trwać. Nie chcemy stać się jego hamulcowymi. Dlatego nasze trio robi lekki krok w tył, choć nadal przedsięwzięcie wspieramy i służmy radą – zapewnia R. Kowalski.

Gdy pod koniec 2009 r. zaczynał swoją przygodę z orszakiem, nie przypuszczał, że to wydarzenie stanie się samonapędzającą się machiną. Ideą zarazili go przyjaciele z Warszawy, którzy z ogniem w oczach przekonywali, że sprawą powinien się zainteresować, zwłaszcza że ma dzieci w Sterniku (to oni wymyślili orszak). Mniej więcej w tym samym czasie z warszawskim Sternikiem rozmawiali też Krzysztof i Lech. Efekt był taki, że 6 stycznia 2010 r. pierwszy krakowski orszak wyruszył z Wawelu, by na pl. Mariackim pokłonić się Bogu. Miało w nim iść 40 dzieci ze Sternika oraz aktorzy teatru Groteska. – Ze zdumieniem obserwowaliśmy, jak po drodze „zasysamy” ludzi. Do celu doszło ok. 2 tys. osób, na których czele stanął kard. Stanisław Dziwisz. Prowadząc pochód, byłem tak przejęty swoją rolą, że nawet nie czułem mrozu. A było –20 stopni! – wspomina L. Haydukiewicz.

Wszyscy są zaproszeni

Z każdą kolejną odsłoną orszak nabierał rozmachu, przyciągając kolejne szkoły (najpierw Katolickie Szkoły im. Świętej Rodziny z Nazaretu, a potem wiele innych) i organizacje (m.in. Dzieło Pomocy św. Ojca Pio, Salezjański Wolontariat Misyjny „Młodzi Światu”, Fundację „Dzieło Nowego Tysiąclecia”, harcerzy i Skautów Europy, grupy rekonstrukcyjne). Problemów jednak nie brakuje. – W ciągu 10 lat nastąpiła zmiana pokolenia i to, co kiedyś nie było problemem, dziś nim jest – przyznaje R. Kowalski. Orszak, będąc wydarzeniem ewangelizacyjnym, z definicji był atrakcyjny dla szkół katolickich. – Tym razem w każdej z nich usłyszałem, że dyrekcja nie jest w stanie zebrać uczniów, bo przecież wielu z nich jest z miejscowości i parafii, w których również organizowane są orszaki, więc rodzice nie chcą przywozić dzieci do Krakowa. A skoro 6 stycznia jest dniem wolnym, to i nauczyciele nie chcą już tak chętnie przychodzić do pracy – zaznacza R. Kowalski i apeluje do katechetów (także tych ze szkół publicznych), by mimo wszystko mobilizowali uczniów do podjęcia wysiłku.

Do udziału w kolędowym pochodzie zaproszeni są też wszyscy inni mieszkańcy Krakowa – od najmłodszych do najstarszych. – Rodzinne przygotowania do tego dnia są wspaniałym doświadczeniem. U nas są okazją do rozmów o wierze, o tym, że Bóg wybrał miejsce i czas, by objawić się ludziom pod postacią dziecka, a my, na pamiątkę tego wydarzenia, z naszym darem serca idziemy oddać Mu pokłon – tłumaczy pan Robert. Jest jeszcze jedna ważna sprawa. Uczestnicy orszaku zawsze dostają korony (20 tys.) i śpiewniki (10 tys.). Konieczne są też scena, nagłośnienie i wiele innych rzeczy. Sponsorzy, którzy zechcą dołożyć swoją cegiełkę do tego dzieła, zawsze są więc mile widziani. – Co roku mówię, że to wszystko po ludzku, z tak małym budżetem, jest nie do zrealizowania. A jednak zawsze się udaje. Ten nasz mały-wielki cud uczy mnie pokory i wiary – uśmiecha się K. Machaczka. I tym razem nie może być inaczej.

Szczegółowe informacje o orszaku i kontakt do organizatorów można znaleźć na www.krakow.orszak.org.