Świadomie tracimy czas

Magdalena Dobrzyniak

|

Gość Krakowski 38/2020

publikacja 17.09.2020 00:00

„Błogosław nam rękoma Twoich biednych, Panie, uśmiechnij się w spojrzeniu Twoich biednych”. Ta modlitwa codziennie wypełnia się w ścianach ośrodka w Skawinie. Wspólnota dla osób niepełnosprawnych istnieje tu od 15 lat.

Tutaj każdy jest ważny. Tutaj każdy jest ważny.
Archiwum ŚDS w Skawinie

Arek pochodzi z Łączan i busem dojeżdża do Skawiny. W pracowni ceramicznej Środowiskowego Domu Samopomocy tworzy i szkliwi kubki, filiżanki, miseczki. – Tu dobrzy ludzie – mówi.

Kasia, prawdziwa weteranka, bo w zajęciach uczestniczy od 14 lat, chętnie zagląda do sali komputerowej i jest prawą ręką terapeutki Kornelii Ożóg w pracowni plastycznej, gdzie powstają arcydzieła. Ma w ŚDS kolegów i koleżanki, z którymi można fajnie pogadać. – Opiekujemy się sobą nawzajem – Kornelia patrzy z czułością na swoją pomocnicę.

Janek mieszka z tatą w Radziszowie i lubi książki. Przepisuje z nich krótkie teksty, żeby ćwiczyć pismo albo po prostu się odprężyć. Wykleja też witraże z drobnych kawałeczków. Ostatnio – ptak w rozecie. Ulubionym kolegą Jaśka jest Mateusz, chętnie plotkuje z Haliną. – Trzeba z ludźmi pogadać – przekonuje. Jest religijny i z radością pielgrzymuje do Łagiewnik. Tam odprawiają Msze za chorych. Janek lubi się modlić.

Marta nie usiedzi w domu. Z jej rąk w pracowni rękodzieł wychodzą aniołki i ikony. – Wcześniej pracowałam, ale to się urwało – opowiada. W skawińskim ŚDS jest od 2009 roku.

Marysia stała się puzzlem

Kiedyś Zbigniew Morawski, jeden ze skawińskich przedsiębiorców i społeczników, przysiadł się na rynku do Marysi Grucy. Od tamtego dnia robił to codziennie, by porozmawiać i spędzić z nią trochę czasu. W tej samotnej, prostej kobiecie odkrył talent malarski, więc dla niej, skawińskiego Nikifora, stworzył w swojej firmie kącik, gdzie mogła rysować. W tym samym czasie proboszcz parafii Świętych Apostołów Szymona i Judy Tadeusza ks. Edward Ćmiel otrzymał o starostwa propozycję stworzenia domu dla osób niepełnosprawnych i zlecił to zadanie panu Zbigniewowi. Był początek 2005 roku, a Marysia stała się puzzlem, który połączył elementy układanki. Powstał dom, w którym osoby niepełnosprawne mogą się rozwijać, tworzyć, rozmawiać i być z innymi.

– Początki były trudne. Proboszcz przeznaczył na budowę domu działkę, gdzie stał stary budynek wulkanizacji. Gdy przyjechałam tu pierwszy raz, pomyślałam sobie, że muszą być szaleni, jeśli chcą w tak zaniedbanym miejscu stworzyć dom, zobaczyć w nim potencjał – choć lepiej powiedzieć: serce – placówki – wspomina Stanisława Szczepaniak, kierowniczka. Zbigniew Morawski nie tylko zajął się budową i przystosowaniem tego miejsca, ale także rozpoznawał środowisko i wyszukiwał ludzi, dla których mogło ono stać się domem.

– Do mnie zadzwonił w kwietniu i zaproponował, bym objęła kierownictwo. To był wówczas abstrakcyjny pomysł, bo właśnie urodziłam trzecie dziecko i nie wybierałam się do żadnej pracy. Ale wszystkie okoliczności wskazywały na to, że moje dziecko będzie rosło z tym domem – opowiada S. Szczepaniak. Zgodziła się po miesiącu.

Pierwszy tydzień zajęć odbywał się na plebanii, później przenieśli się do pomieszczeń przy jadłodajni na ul. Kilińskiego. Od września zaczęły napływać osoby niepełnosprawne, a w grudniu wszyscy przeprowadzili się do odnowionego budynku. – Zbyszek Morawski prowadził nas za rękę tak długo, aż sami zaczęliśmy dobrze chodzić. Wtedy się dyskretnie odsunął, ale zawsze był blisko – podkreśla pani Stasia. Mówi to ze łzami w oczach. Rozmawiamy w dniu pogrzebu Zbigniewa Morawskiego. Odszedł nagle, pełen energii i nowych pomysłów na rozbudowę, w samym środku różnych spraw.

Fundamenty domu

Kiedy rozpoczęła się pandemia i uczestnicy zajęć musieli zostać w domach rodzinnych, okazało się, że brak spotkań jest dojmujący, a pustka nieznośna i niemożliwa do wypełnienia. – Tęskniłem – mówi Jasiek. – Człowiek się widzi z jednymi, z innymi się nie widzi, ale trzeba z tym żyć – dodaje, kiwając ze smutkiem głową, Kasia.

– Miłość jest fundamentem tego domu – mówi Joanna Warchoł, fundraiserka zajmująca się zdobywaniem pieniędzy na rozbudowę ośrodka. – To nie jest przechowalnia. Uczestniczymy w życiu naszych podopiecznych, mamy dobry kontakt z ich rodzinami – opowiada. Jak dodaje, pandemia uświadomiła im, jak bardzo są sobie wzajemnie potrzebni. – Niektórzy nie potrafią mówić, ale wyrażają swoją miłość dotykiem, gestem, spojrzeniem. Liczy się bezwarunkowe bycie, towarzyszenie – przekonuje. Odkąd tu pracuje, docenia życie i wszystko, co ma.

Terapeutka Anna Bober nie ma wątpliwości, że dla wielu jej podopiecznych ten dom jest ważniejszy od rodzinnego, gdzie często panują pustka i samotność. – Tutaj każdy jest dla nas ważny. Są z ludźmi i to daje im radość – podkreśla. Sama odkryła tu miejsce dla siebie. Jest szczęśliwa, że stała się częścią zespołu, w którym wszystko przeniknięte jest miłością.

W domu przy Węgierskiej 5 bywały osoby, które przez całe swoje dorosłe życie nie wychodziły z domu. Niektóre z nich nie były w stanie podjąć terapii, to było dla nich za trudne. Ale większość zostawała. – W tych, którzy są u nas od początku, widać ogromną zmianę w zachowaniu, w życiu. To jest bardzo ważne, by osoby chorujące psychicznie i niepełnosprawne intelektualnie miały kontakt z innymi ludźmi – argumentuje S. Szczepaniak. – Ten dom jest śluzą, z której mają możliwość wyjścia na świat w różnych kierunkach, coraz szerzej – dodaje. Im więcej miłości, tym więcej miłości – tutaj doświadczają tego każdego dnia.

Krewni Pana Boga

To nieprawda, że mają tylko deficyty. W bezpiecznych warunkach, pod mądrym spojrzeniem opiekunów, malują, śpiewają, tworzą małe arcydzieła ceramiczne. Niektórzy są utalentowanymi aktorami. Dla nich pani Stasia stworzyła grupę teatralną i z myślą o każdym ze swoich aktorów zaczęła pisać scenariusze. – Nigdzie nie mogłam znaleźć gotowych scenariuszy dla dorosłych osób niepełnosprawnych. Istnieją takowe, ale dla dzieci. Tymczasem osoby dorosłe mają inne historie do opowiedzenia. To nie ten etap, kiedy przebieramy ich za motylki czy Kopciuszki. Nawet jeśli zewnętrznie wydają się jak dzieci, nie są dziećmi – tłumaczy.

Zbyszek ma czterokończynowe porażenie. Opowiada na scenie swoją historię i robi to tak, jak nikt inny by nie potrafił. Jest niezastąpiony, bo żaden aktor, choćby najlepszy, nie odda cierpienia, jakiego doświadcza Zbyszek. – Nie chodzi o to, żeby nim epatować. Na scenie widzimy wielkiego człowieka w kruchym ciele, który zmaga się ze swoją codziennością. Jest pogodny i chce mu się żyć – mówi pani Stasia.

W opowieści o Bożym Narodzeniu, którą stworzyła z myślą o Zbyszku, jest taka scena. Mężczyzna pokazuje puste ręce. To wszystko, co ma. Zbyszek nic nie może przynieść Jezusowi. Nic nie ma, bo nic nie może. – A wtedy Matka Boża wkłada w jego ręce małego Jezusa. Ten, który nie ma nic, ma wszystko – opowiada.

Krewni Pana Boga już trzy razy występowali w Zakładzie Karnym w Wadowicach. Osadzeni sami proszą ich o to, by przyjechali ze spektaklem. – Ci ludzie są z różnych środowisk, nie zostali skazani za niewinność, wyrządzili w życiu wiele zła. Ale gdy kończymy przedstawienie, nawet nie drgną, nie potrafią bić braw, a większość z nich płacze – opowiada reżyser. Słabość ich aktorów wytrąca z rąk więźniów argument siły, do którego się przyzwyczaili. – Ci mężczyźni mogą zrobić im wszystko, skrzywdzić ich jednym pchnięciem, a jednak moi słabi przyjaciele mają nad nimi władzę – ocenia S. Szczepaniak. Są dotykani cierpieniem, kiedy pomagają wnieść Zbyszka i Andrzeja po schodach. – To ma sens. Cierpienie Zbyszka ma sens, bo zmienia tych, którym się wydaje, że światem rządzi siła – przekonuje.

Historia domu się tworzy

Tu każdy może poczuć się jak w domu. Przychodzi pani redaktor, przychodzi biskup, zagląda kobieta, która wraca z targu, przychodzi policjant. Przychodzą różni ludzie, ale dla podopiecznych ŚDS każdy jest po prostu tym, kim jest. – Nie musisz być kimś ważnym. Ważne jest, czy masz dla nas czas. W tym domu tracimy dużo czasu i robimy to świadomie. Pijemy kawę, śpiewamy, cudownie fałszując, z całego serca, siedzimy przy jednym stole i dzielimy się sobą – mówi pani kierownik.

Od kilku lat wiadomo, że dom potrzebuje rozbudowy. Jest coraz więcej uczestników, aktualnie to 36 osób ze Skawiny i okolic, a standardy europejskie, do których trzeba się dostosować, są coraz wyższe. Powstały fundacja i projekt „Stacja Nasz Dom”, który ma ułatwić zbieranie pieniędzy. Budowa ma być sfinansowana ze składek i życzliwości ludzkiej. Jest specjalna strona internetowa, licytacje tworzonego tu rękodzieła na Facebooku. Gotowy jest projekt nowego domu, opracowany przez Z. Morawskiego i architekta Ireneusza Piotrowskiego. Jest wiele nadziei i jeszcze więcej trudności.

– Zbyszek Morawski wierzył w to dzieło. Mówił do mnie z ogniem w oczach: „Najważniejsze to wylać fundamenty, potem już będzie szło. Zobaczy pani, na wiosnę ruszymy z budową” – opowiada S. Szczepaniak. Pan Zbyszek już tego nie zobaczy. Nowy dom będzie nosił jego imię.