Lek. Lidia Stopyra: Brakuje lekarzy, którzy mogliby pracować w szpitalach polowych

Monika Łącka Monika Łącka

publikacja 16.10.2020 16:46

- Na każdy tysiąc zakażonych SARS-CoV-2, ok. 200 osób wymaga hospitalizacji. System opieki zdrowotnej tego nie wytrzyma - tłumaczy ordynator Oddziału Chorób Infekcyjnych i Pediatrii Szpitala im. Żeromskiego w Krakowie.

Lek. Lidia Stopyra: Brakuje lekarzy, którzy mogliby pracować w szpitalach polowych Dostrzegam realne zagrożenie, że chory zostanie sam i umrze nie otrzymawszy pomocy, bo nie będzie miał kto się nim zająć - przyznaje lekarka. Archiwum pruwatne

Monika Łącka: Od soboty 17 października prawie cała Małopolska trafia do tzw. czerwonej strefy. Spodziewała się Pani rekordów zakażeń, które w ostatnim czasie notowane są w naszym województwie?

To, że sytuacja będzie się pogarszać, było do przewidzenia. Od dawna mówiłam, że wirus prawdopodobnie w lecie nieco się uspokoi i przycichnie (tak, jak inne wirusy), ale wybuchnie jesienią. Tak się stało i zbiegło się to z efektami poluzowania reżimu sanitarnego i z pójściem uczniów do szkół. W skali Krakowa i w całej Małopolsce od kilku tygodni najwięcej jest zakażeń rozproszonych, a to oznacza, że ktoś zakaził się w tzw. przestrzeni publicznej. Z kolei na naszym oddziale Chorób Infekcyjnych i Pediatrii większość zakażeń pochodzi właśnie ze szkół. Na kwarantannę najczęściej trafiają zaś uczniowie, nauczyciele, rodzice dzieci szkolnych.

Przybywa zakażonych, więc przybywa też chorych trafiających do szpitali. A te coraz mocniej sygnalizują, że za chwilę nie będzie gdzie przyjmować pacjentów.

Już nie ma ich gdzie przyjmować! Jeśli w Małopolsce dziennie notujmy nawet ponad 1000 zakażeń, to z reguły 20 proc. chorych wymaga hospitalizacji. I nawet, jeśli odejmiemy od tego tych, którzy jeszcze ewentualnie mogą być leczeni w domu, to i tak zostaje co najmniej 150 osób. Prawda jest taka, że nie jest możliwe, aby szpitale to udźwignęły. Już ludzie, którzy powinni trafić do szpitala, umierają w domach, a za chwilę będą umierać na ulicy

Pojawiają się sugestie, że najwyższy czas pomyśleć o tworzeniu szpitali polowych.

Miejsca w szpitalu polowym teoretycznie można zorganizować. Można też postawić łóżka w Tauron Arenie, ale nie mamy tam rąk do pracy, bo nie ma wykwalifikowanych ludzi, którzy mogliby tam pracować. Do szpitali polowych trafialiby przecież pacjenci ciężko chorzy (a nie ci z objawami przeziębienia), a więc wymagający specjalistycznych procedur. Odkąd pamiętam lekarzy było mało, większość pracowała zawsze ponad etat, większość skrajnie przemęczonych. W epidemii potrzeby są znacznie większe. Pracujemy bardzo ciężko, ilość zakażeń wzrasta z dnia na dzień w zastraszającym tempie i w tym momencie dostrzegam realne zagrożenie, że chory zostanie sam i umrze nie otrzymawszy pomocy, bo nie będzie miał kto się nim zająć.

Ile zakażonych osób jest na Pani oddziale?

Na pediatrii mamy obecnie ponad 20 dzieci dodatnich i kilkanaście oczekujących na wynik. Cały czas mamy sytuację, że ile wypisów, tyle nowych przyjęć, bo wypisujemy, i natychmiast przyjmujemy kolejnych pacjentów. Na oddziale dla dorosłych jest z kolei 20 miejsc i tylu pacjentów jest przyjętych.

Problem będzie się nasilał, bo zakażeń jest nawet więcej, niż podają to oficjalnej statystyki?

Jeśli mamy dwie "dodatnie" osoby i kilkanaście osób z tzw. kontaktu, a u czterech po okresie wylęgania rozwijają się objawy zakażenia (utrata węchu i smaku, gorączka,  ból mięśni), to nie dziwi mnie fakt, iż ci chorzy świadomi praktycznie pewnego dodatniego wyniku nie idą się testować i nie stoją kilka godzin w kolejce do punktu wymazowego, tylko wolą odpowiedzialnie izolować się w domu. O ile, rzecz jasna, objawy nie są mocno nasilone i nie wymagają oni hospitalizacji. Dostaję mnóstwo informacji, że tak właśnie się dzieje, bo dzwoni do mnie dużo przyjaciół i znajomych. Niestety po drugiej stronie są też osoby skrajnie nieodpowiedzialne, które chcą uniknąć kwarantanny dla siebie, albo dla całej rodziny, bo mają coś bardzo ważnego do załatwienia, albo twierdzą że pandemia to oszustwo. Mając objawy infekcji chodzą do pracy i posyłają dzieci do szkoły i zakażają innych. Część z tych osób umrze.

Bywa, że jest to pokłosiem chaosu w nakładaniu kwarantanny przez sanepid. Zdarza się bowiem, że są nią obejmowane osoby mieszkające pod jednym dachem z zakażonym mimo, że nie miały z nim kontaktu.

Nie są to jedyne błędy w obowiązującym systemie.

Nie oczekuję, że system przewidzi wszystko, bo zawsze znajdą się wyjątki od reguły. Jeśli jednak ogłaszane są rozporządzenia ministra zdrowia, takie jak to z 2 września, to mamy problem. Wg tego rozporządzenia lekarz POZ musiał odnotować wszystkie cztery objawy zakażenia (kaszel, duszności, gorączkę, utratę węchu i powonienia), żeby skierować kogoś na test teleporadą. Jest to pomyłka. I nawet, jeśli lekarze chcieli kierować na test pacjentów np. z utratą węchu i smaku, bo podejrzewali  Covid, to system elektroniczny automatycznie to odrzucał. Z kolei jeśli dziecko ma 40 stopni gorączki, kaszel, duszności, to czy matka ma z nim stać w kilkugodzinnej kolejce do zrobienia testu? Takie dziecko w pierwszej kolejności trzeba zbadać (a nie tylko udzielać teleporady), i w znacznej większości skierować do szpitala w trybie pilnym. Inne rozwiązania są zagrożeniem dla jego życia i zdrowia.

Problemem jest też niewydolność sanepidu, który często nie dzwoni do osób, które powinny zostać objęte kwarantanną. Powinny więc same nałożyć ją na siebie i zrobić test na własną rękę?

Według obecnie obowiązującego rozporządzenia Ministra Zdrowia osoby z kwarantanny nie wymagają testu, jeśli nie zachorują w czasie jej trwania. Jeśli dowiaduje się pani, że ktoś z pani znajomych ma wyniki dodatni, i na pewno mieliście kontakt, to kwarantannę powinien nałożyć sanepid, ale niestety są duże opóźnienia. Musi więc pani sama się izolować, a jeśli minie 10 dni i nie pojawia się objawy, można wrócić do pracy. Jeśli jednak pojawią się objawy, najczęściej po 7 dniach, to lekarz POZ powinien zlecić test, jednak w ostatnich dniach wykonanie go graniczy z cudem. W takiej sytuacji, jeśli objawy nie są zagrażające życiu, nie ma innego wyjścia jak tylko dalej się izolować i leczyć się wg wskazówek lekarza POZ.

Mimo powagi sytuacji nadal nie brakuje osób - także wśród Czytelników "Gościa" - śmiejących się z pandemii i zarzucających nam, że pisząc o koronawirusie podsycamy panikę.

W jednym z wywiadów powiedziałam ostatnio, że takie osoby powinny szukać pomocy u psychologa lub psychiatry. Nie wycofuję się z tego. Nie rozumiem, jak to możliwe, że w taki sposób zachowują się chrześcijanie. Widzimy przecież, co się dzieje, że jest duży przyrost chorych, że brakuje już miejsc w szpitalach, widzimy ile ludzi umiera. Nie wiem, dlaczego wciąż powtarzany jest mit, że to wszystko jest sfingowane. A jeśli mimo wszystko ktoś nadal nie wierzy w epidemię, to i tak powinien przyjąć wersję najbezpieczniejszą dla siebie i innych, czyli ubrać maseczkę, bo nic nie ryzykuje, a chroni innych.

Antymaseczkowcy przekonując w mediach społecznościowych, że zasłanianie ust i nosa nie jest potrzebne, powołują się na wypowiedź byłego ministra zdrowia Łukasza Szumowskiego z lutego br. Mówią również, że noszenie maseczki szkodzi zdrowym ludziom, bo powoduje m.in. grzybicę płuc.

W lutym sytuacja epidemiologiczna w Polsce była absolutnie inna, bo pacjent zero pojawił się dopiero 4 marca. W lutym była więc praktycznie zerowa szansa spotkania na ulicy osoby zakażonej SARS-CoV-2 i nie było potrzeby noszenia maseczek. Teraz, w Krakowie, wychodząc z domu mamy 100 proc. pewności, że spotkamy osobę zakażoną. Sytuacja jest tak poważna, że szkoda czasu na dyskusje z koronasceptykami, bo wszystko, co miało zostać powiedziane, zostało powiedziane. Nie ma miejsc w szpitalach, zachorowań jest coraz więcej i nie wyczarujemy tysięcy lekarzy oraz pielęgniarek, dlatego przed umieraniem bez pomocy (w oczekiwaniu na miejsce w szpitalu) uratować może nas tylko i wyłącznie reżim sanitarny.

Jeszcze chwilę temu mówiłam, że powinno się zamknąć szkoły na kilka tygodni. Dziś już wiadomo, że w strefie żółtej szkoły średnie i wyższe przechodzą na nauczanie hybrydowe, a w strefie czerwonej - na zdalne. Czas pokaże, czy to wystarczy, bo pamiętajmy, że ci, którzy zakazili się wczoraj, mogą zachorować dopiero za dwa tygodnie. Przez ten czas, mimo zaostrzonego reżimu, siłą bezwładności będziemy mieć znaczny wzrost zakażeń.