Hrabina pokazuje Kraków

Bogdan Gancarz

|

Gość Krakowski 47/2020

publikacja 19.11.2020 00:00

O podwawelskim grodzie wie wszystko. Opowiadała o nim już wielu tysiącom osób. Jest najstarszą przewodniczką w mieście. Oprowadza nieprzerwanie od 70 lat.

Panią Amelię można często spotkać na krakowskich Plantach. Panią Amelię można często spotkać na krakowskich Plantach.
Towarzystwo Miłośników Historii i Zabytków Krakowa

Doceniło to niedawno Towarzystwo Miłośników Historii i Zabytków Krakowa, honorując Amelię Dunin za zasługi naukowe i działania na rzecz królewskiego miasta prestiżową Nagrodą im. Klemensa Bąkowskiego. Z jej wręczeniem trzeba będzie, ze względów epidemicznych, poczekać na lepsze czasy. – Jest erudytką o ogromnej wiedzy z zakresu historii i sztuki Krakowa, Polski i Europy, osobą o wielkim uroku osobistym, kulturze i umiejętności zaciekawienia swoją opowieścią. Głęboki patriotyzm laureatki kształtował wiedzę o ojczyźnie u wielu pokoleń Polaków, także w czasach, gdy nasza historia była zakłamywana – przypomina Konrad Myślik, rzecznik prasowy TMHiZK.

– Ukończyłam wprawdzie wyższe studia ekonomiczne, ale historia była od dziecka moją wielką pasją. Krewnym mojej matki był Ludwik Żychliński, autor „Złotej Księgi Szlachty Polskiej”. Historią były przepełnione także opowieści w naszej rodzinie. Przydało mi się to wszystko, gdy zostałam przewodnikiem PTTK po Krakowie – mówi 92-letnia pani Amelia. Pierwszą wycieczkę poprowadziła 12 czerwca 1950 roku. – Stałam nieśmiało wśród czworoboku wojskowych, młodych chłopaków. Byłam z nimi na Wawelu i w Smoczej Jamie. Tam mnie po ciemku nieco podszczypywali – śmieje się przewodniczka.

Widziała pogrzeb Marszałka

Dla 22-letniej wówczas hrabianki Dąmbskiej herbu Godziemba, panienki z dobrego domu, pochodzącej z Kaliny Wielkiej koło Miechowa, podjęcie się przewodnickiego fachu nie było jakąś fanaberią czy realizowaniem hobby. Była to twarda konieczność uczciwego zarabiania na życie – swoje i najbliższej rodziny. 5 lat wcześniej zawalił jej się świat. Ojciec Adolf, właściciel majątku w Kalinie, w czasie wojny dostarczający m.in. żywność dla oddziałów partyzanckich w ramach związanej z Amią Krajową „Uprawy”, został aresztowany przez sowieckie NKWD i zesłany do łagru w Donbasie. Amelia wraz z matką Antoniną i siostrą Teresą musiały uchodzić z majątku, który został przejęty przez przedstawicieli „władzy ludowej”. Dzięki życzliwości abp. Adama Stefana Sapiehy zamieszkały w Krakowie przy ul. Kanoniczej. Powiększyły grono licznych w mieście „bezetów”, czyli byłych członków sfery ziemiańskiej, klepiących zazwyczaj biedę. Miasto poznała nieźle już przed wojną, gdy bywała tu z rodzicami i siostrą.

– Przyjeżdżaliśmy z wizytą do dziadka Tomasza Dąmbskiego. Gdy tatuś się ożenił, dziadek wraz z babcią przenieśli się do Krakowa, gdyż babcia „kochała to miasteczko”, jak się wyrażała. Zamieszali w kupionej przez dziadka kamienicy przy ul. Kochanowskiego 12 – wspomina przewodniczka. – Dostawałyśmy rozmaite prezenty. Koło kościoła karmelitów, tam, gdzie teraz jest bar, był sklep z zabawkami, które kupował nam dziadek. Ja wybrałam raz strzelbę na kapsle, a drugi raz szablę, bo lalki już miałam. Skąd ta strzelba? Może dlatego, że moja ciotka z Potulic w Wielkopolsce była oryginałem i polowała na rogacze. Jeździła małą dwuosobową karetą, wystawiała przez okno sztucer i strzelała – śmieje się pani Amelia.

W 1935 r. wraz z rodzicami brała udział w sypaniu Kopca Piłsudskiego na Sowińcu i w pogrzebie Marszałka. – Gdy wchodzę teraz na Wawel przez Bramę Herbową, zawsze sobie przypominam ten pogrzeb. Miałam wtedy 7 lat. Po pogrzebie tłumy szły na wzgórze, a potem do krypty św. Leonarda w katedrze, gdzie złożono trumnę. Staliśmy w tym tłumie. Potem przez szklane okienko oglądałam twarz Marszałka leżącego w trumnie. Zapamiętałam gęste wąsy – wspomina.

W 1961 r. hrabianka została hrabiną. Poślubiła znacznie starszego od siebie „bezeta”, hrabiego Józefa Ludwika Stanisława Dunina ze Skrzynna herbu Łabędź (1894–1980), człowieka wielkiej klasy, niegdyś właściciela dóbr Głębowice koło Osieka w powiecie oświęcimskim, ułana Legionów Polskich, kpt. rez. artylerii konnej Wojska Polskiego, oficera ordynansowego naczelnego wodza gen. Władysława Sikorskiego, po wojnie osiadłego w Krakowie. Przeżyli w zgodzie 19 lat, wspólnie parając się przewodnictwem. W latach 70. – za Gierka – zaczęły do Krakowa przybywać szerszym strumieniem wycieczki z krajów Europy Zachodniej. Turyści odkrywali Polskę, bo nie mieli o niej do tej pory żadnego wyobrażenia. Wobec tego nastąpiło wielkie zapotrzebowanie na przewodników znających języki obce, szczególnie francuski, angielski i włoski. Hrabina Amelia oprowadzała więc wraz z mężem turystów z Francji i Belgii. Na trasie wycieczek był m.in. kościół franciszkanów. Pokazywała witraż Stanisława Wyspiańskiego „Bóg Ojciec”, po 1978 r. – ławkę, w której modlił się Karol Wojtyła, opowiadała o pobliskim Pałacu Biskupów Krakowskich. – Zorientowałam się, że moje „kazania” pozostawiały ślady. Turyści pisali potem listy do mnie przez całe lata. Niektórzy się dziwili, że mówiłam bardzo dobrze elegancką, nieco staromodną francuszczyzną. Francuski znałam zaś od dziecka – wspomina pani Amelia. Już w wieku 3 lat miała wraz z siostrą mademoiselle, czyli Francuzkę, która uczyła je języka. Mówiono w nim często w domu, na przykład przy stole.

Wizyty rodzinne

Gdy pani Amelia chodziła z turystami do katedry wawelskiej czy na krużganki franciszkanów, gdzie jest galeria biskupów krakowskich, były to dla niej poniekąd wizyty rodzinne. Biskupami krakowskimi byli bowiem jej krewni: Stanisław Kazimierz Dąmbski (1638–1700, zmarł przed ingresem do katedry wawelskiej, pochowany w podziemiach kościoła Świętych Piotra i Pawła) oraz pochowani w podziemiach kaplicy Lipskich w katedrze wawelskiej Andrzej Lipski (1572–1631) i kard. Jan Aleksander Lipski (1690–1746). Pani Amelia nie jest bezkrytyczna w ocenach krewniaków.

– Mam za złe biskupowi Dąmbskiemu, że koronował na króla Augusta II Sasa, którego oceniam bardzo negatywnie – mówi. – Moja prababka ze strony mamy Zenobia Żychlińska była z domu Lipska. Zamierzała niedługo przed śmiercią finansować odnowę kaplicy Lipskich. Na probostwie w Uzarzewie pod Poznaniem przechował się w czasie wojny pochodzący z tamtejszego pałacu Żychlińskich portret kard. Lipskiego, większy niż ten w zakrystii w katedrze. Mój ojciec chrzestny, brat mojej mamy, podarował nam go w 1961 r. w prezencie ślubnym – wspomina. Pani Amelia jest żywą encyklopedią wiedzy o swojej rodzinie. Potrafi długo, ciekawie i – co najważniejsze – bezpretensjonalnie mówić o swoich koligacjach. Wywodząca się z Kujaw rodzina jej ojca, pisząca się „z Lubrańca”, jest bardzo liczna w 5 liniach. – Kuzynką tatusia była m.in. wywodząca się z Rudnej Wielkiej prof. Izydora Dąmbska (1904–1983), spowinowacona także z moim mężem, wybitna znawczyni filozofii; po wojnie zamieszkała w Krakowie. Jej siostra Aleksandra (1902–1988) była pielęgniarką, w czasie wojny żołnierzem AK, prowadziła m.in. magazyny sanitarne, dostarczała grypsy do więzień, ukrywała oficerów i osobę pochodzenia żydowskiego. Od nazwy rodzinnego majątku przyjęła pseudonim Rudecka. Gdy w 1945 r. zaczęła się ukrywać przed NKWD, przyjęła go jako swoje nazwisko i przy nim pozostała już do śmierci w Krakowie. Brała udział w pielęgniarstwie parafialnym prowadzonym przez bł. Hannę Chrzanowską – wylicza pani Amelia.

Dąmbscy stworzyli wielką galerię obrazów, przechowywaną we Lwowie i w Rzeszowie. W lwowskich zbiorach jest teraz m.in. obraz „U lichwiarza” sławnego Georgesa de Latoura, prezentowany niegdyś na Wawelu. – Moja mama była Wielkopolanką. Jej bratem był sługa Boży ks. Aleksander Żychliński, profesor teologii, znawca św. Tomasza, rektor seminarium duchownego w Gnieźnie. Tatuś był zaś w zaborze rosyjskim, choć część rodziny po jego mamie pochodziła z Moraw. Byli to baronowie Lipowscy. Jeden z nich – Emanuel, mój prapradziadek – przyjechał do Krakowa jako rezydent, przedstawiciel cesarza Austrii w Wolnym Mieście Krakowie. Kupił wsie w powiecie wielickim, m.in. Hucisko pod Gdowem, ulubione miejsce dzieciństwa mojego tatusia, gdzie we dworze do swojej śmierci w 2004 r. mieszkał nasz kuzyn Stefan Lipowski. Jednym z tych Lipowskich był też mój wuj Witold, kawalerzysta wpierw austriacki, potem zaś oficer 20 i 8 Pułku Ułanów Wojska Polskiego. Był we mnie zakochany, pisywał przemiłe listy, nazywał mnie fleur de lys – kwiatem lilii; w rodzinie zwano mnie Lilką. Osiadł w Krakowie i opracował historię rodziny. Po wojnie mieszkał w Wielkopolsce – wspomina pani Amelia.

Chciałaby jeszcze oprowadzać

Na początku lat 60. ub. wieku poznała abp. Wojtyłę. – Inicjatorka pielęgniarstwa parafialnego H. Chrzanowska, zwana Cioteczką, i jej współpracownica Alina Rumun pomagały mi w pielęgnacji mojego tatusia. Po powrocie z sowieckiego zesłania, aresztowany i więziony przez UB, wyszedł ze zrujnowanym zdrowiem. Miał lęki nocne, uciekał przed tymi koszmarami, prawie dwa lata leżał chory w łóżku. Dzięki ich radom nie miał odleżyn – wspomina. – Potem chciałam im więc oddać moją pracą dług, który u nich zaciągnęłam. Gdy ks. Ferdynand Machay wraz z abp. Wojtyłą wsparli inicjatywę H. Chrzanowskiej, zgłosiłam się jako wolontariuszka do pomocy. Nie byłam dyplomowaną pielęgniarką, więc robiłam, co mogłam w opiece nad chorymi nędzarzami. Cioteczka nazywała mnie S.O.S. Gdy potrzebowała pomocy, zabierała mnie z sobą na wizyty. Potem wyznaczała zadania – sprzątanie, ścielenie łóżek, mycie. Arcybiskup Wojtyła zapraszał nas niejednokrotnie do Pałacu Arcybiskupiego, gdzie była okazja do rozmów – dodaje. Pani Amelia zadysponowała, że wszystkie dokumenty rodzinne zostaną przekazane w depozyt do Archiwum Ziemiańskiego, tworzonego w Krakowie przy Fundacji Jana i Zofii Włodków. – Teraz, w czasie epidemii, gdy siedzę w domu, posegregowałam je dokładnie. Osobno dokumenty i fotografie dotyczące Dąmbskich, osobno Żychlińskich. Są w poszczególnych teczkach – mówi. – Ostatnimi czasy pracowałam, oprowadzając indywidualnie po wzgórzu wawelskim. Chciałabym jeszcze to robić na miarę sił, gdy ustanie epidemia – kończy opowieść hrabina przewodniczka.•