To jest nasz czas!

Magdalena Dobrzyniak

|

Gość Krakowski 21/2021

publikacja 27.05.2021 00:00

Karolina Cygan i Katarzyna Sowa za kilka miesięcy wyruszają do Zambii. To nie jest efekt impulsu, ale owoc wielu lat ich zaangażowania w działalność misyjną.

▲	W Indiach misjonarki spędziły miesiąc. ▲ W Indiach misjonarki spędziły miesiąc.
Archiwum Katarzyny Sowy

Karolina i Kasia znają się od wielu lat. Pierwsza jest katechetką, druga – fizjoterapeutką. Obydwie od ponad 10 lat współpracują z Wydziałem Misyjnym krakowskiej kurii. Razem też wyjechały w 2013 roku na miesiąc do Indii, by doświadczyć, jak wygląda głoszenie Ewangelii w obcym kraju, z dala od swoich.

Od początku

Karolina już w gimnazjum wiedziała, że będzie studiowała teologię, choć nikt wtedy w to nie wierzył. – Poszłam na te studia z przekonania, z potrzeby serca i rozumu – zapewnia dzisiaj. Już w tamtym czasie pojawiły się myśli o misjach. Angażowała się w Akademickie Koło Misyjne na PAT (dziś UPJPII), prowadzone przez siostry klawerianki na czele z s. Elżbietą Sołtysik.

Kasia pochodzi z diecezji tarnowskiej. Ducha misyjnego rozpaliła w niej katechetka, która założyła w parafii Papieskie Dzieło Misyjne Dzieci. Kasia od dziecka włączała się w kongresy PDMD, misyjne kolędowanie. – Myślałam o wstąpieniu do zgromadzenia misyjnego, konkretnie do Sióstr Białych. Napisałam do nich mejla, że chciałabym spróbować. Dostałam wtedy bardzo mądrą odpowiedź. Siostry radziły, żebym najpierw poszła na studia – opowiada. Z perspektywy lat widzi, jak dobra była to rada. W czasie studiów pomysł wstąpienia do zakonu się rozwiał, ale pragnienie misji było coraz silniejsze. Studenckie lata upłynęły pod znakiem współpracy z siostrami klaweriankami.

– Pojechałyśmy z Karoliną do Indii. Poznałyśmy rzeczywistość misyjną, przekonałyśmy się, jak w obcym kraju pomagać i służyć innym. Wybierając studia, kierowałam się tym celem – chciałam pomagać ludziom, choć jeszcze wtedy nie wiedziałam, jak to będzie wyglądało w praktyce – wspomina. Czas spędzony w Indiach był zbyt krótki, by wejść w głąb tego doświadczenia. Jednak zaczęło ono kiełkować.

Ziarno zasiane

Kasia po studiach zajmowała się starszymi ludźmi w domu pomocy społecznej i to była – jak mówi – jej misja na miejscu. Karolina swoją realizowała jako katechetka. Po powrocie z Indii pochłonęło je życie zawodowe, jednak kontaktu z siostrami klaweriankami nie zerwały. Od czasu do czasu pomagały s. Bożenie Najbar w działaniach na rzecz misji. – Lata płynęły, jako katechetka czułam się spełniona, ale czegoś mi brakowało. Czułam, że chcę dać więcej od siebie dla Kościoła – mówi Karolina.

Myśl o misjach właściwie chodziła bardziej za jej przyjaciółką niż za nią. – Chciałam jechać gdzieś dalej, by tam dzielić się wiarą i miłością do ludzi, służyć innym – przyznaje Kasia.

– Był taki moment parę lat temu, kiedy jedna z sióstr klawerianek z Krosna zaproponowała mi krótki wyjazd do Tanzanii. Afryka to miejsce, o którym marzyłam od dziecka. Zaczęłyśmy myśleć o tym, żeby na krótko tam pojechać, tak jak kiedyś do Indii. Ale Karola stwierdziła: „Po co nam taki krótki wyjazd? Jeśli jechać, to na dłużej!” – kontynuuje swoją opowieść.

– Wtedy jeszcze nie byłam zdecydowana na misje. Właściwie bardziej sugerowałam Kasi, żeby wyjechała na dłużej – uściśla Karolina. Wspólny wyjazd to był pomysł, który podsunął nam dyrektor Wydziału Misyjnego ks. Tadeusz Dziedzic. Zaczęliśmy to rozważać – dodaje. Wiedziały, że razem będzie im łatwiej. – Potraktowałam to wszystko jako znaki Opatrzności. Nie wiem, czy pojechałabym sama, gdyby to nie wyszło od kogoś, kogo dobrze znam. Teraz cieszę się bardzo i nie mogę się już doczekać wyjazdu – wyznaje Karolina.

Przygotowania trwały od września ubiegłego roku. Karolina i Kasia zgłosiły się do Centrum Formacji Misyjnej w Warszawie. – Zależało nam, żeby to miało wymiar kościelny, żebyśmy jako misjonarki świeckie reprezentowały Kościół i dzieliły się Ewangelią – tłumaczy Karolina.

W Zambii będą pracować w parafii Chrystusa Odkupiciela w Makeni, na obrzeżach Lusaki. Przyda się tam pomoc zarówno katechetki, jak i fizjoterapeutki. – Mam pracować docelowo z przyszłymi katechistami, czyli z osobami dorosłymi. To będzie dla mnie nowość – mówi pierwsza. – Osobami starszymi, chorymi w slumsach Lusaki opiekuje się tam tylko jedna siostra zakonna, której pomagają tamtejsi wolontariusze. Mam nadzieję, że przyda im się moja pomoc – dodaje druga.

Bez oczekiwań

Jest wiele niewiadomych. Panuje pandemia, trzeba być gotowym na wszystko, również na restrykcje. – Wielu mówi nam, że misje są tu, na miejscu. Wielu się dziwiło naszym decyzjom, bo wszystko działo się w gorącym czasie pandemii – dzieli się Karolina. Obydwie misjonarki podkreślają, że decyzję podjęły przed jej wybuchem i nie chciały z powodu koronawirusa zmieniać swoich planów. A te zakładają, że w Zambii spędzą dwa lata. – Rzeczywistość misyjna jest tak egzotyczna, że trudno cokolwiek planować. Czy będziemy chciały więcej, czy Zambia będzie chciała od nas więcej – czas pokaże – zastrzega Karolina.

Jak trafiły właśnie tam? Centrum Formacji Misyjnej wyraziło zgodę na formację, ale pod warunkiem, że misjonarki będą miały zaproszenie z konkretnego kraju. Szukały tam, gdzie obowiązuje język angielski. Znajomi polecili im rozmowę z Dorotą Olędzką, która wyjeżdżała na wolontariat misyjny z salezjanami. Dzięki niej nawiązały kontakt z ks. Krzysztofem Mrozem z diecezji pelplińskiej, który od 27 lat pracuje na misjach w Lusace, a on godził się przyjąć do siebie dwie świeckie misjonarki.

– Wielu misjonarzy z Zambii radzi nam, by nie mieć oczekiwań. Są tam ludzie jak tutaj, dzieci jak tutaj. Jedziemy pracować, robić swoją dobrą robotę. Mam wrażenie, że po prostu przedłużamy to, co robiłyśmy tutaj – mówi Kasia.

Dla Karoliny misje w Zambii oznaczają także doświadczenie Kościoła, który nie kończy się nad Wisłą, ale jest powszechny. Jest przekonana, że nawet jeśli wyjazd do Zambii okaże się jej jedynym wyjazdem misyjnym, to i tak zaowocuje potencjałem, który będzie mogła wykorzystywać w przyszłości. – Nie robię tego dla siebie. Wiem, że to doświadczenie wzbogaci mnie osobiście, ale także będzie służyło Kościołowi w Polsce – zapewnia.

Obawy? Boją się chorób, bo one mogą spowodować, że ich wyjazd zakończy się zbyt szybko. – Pewna pani doktor z medycyny tropikalnej mówiła nam, żebyśmy nie zachorowały na malarię na samym początku, bo to wstyd dla misjonarza – śmieje się Kasia.

A rodziny? – Do mojej mamy długo to nie docierało, ale wiem, że będzie mnie wspierała. Myślę, że w duchu się cieszy. Zresztą nigdy nie próbowała narzucać mi swojego zdania i szanowała moje decyzje – opowiada Karolina. Mama Kasi zawsze powtarzała, że jej córka ma szalone pomysły. – A Maciek, mój brat, mówi: „Kaśka jest taka dobra, że wszystkie pieniądze przepuści na biednych” – zdradza misjonarka.

– Przyszedł czas świeckich. W Afryce modelem Kościoła jest wspólnota, czyli rodzina. To wielkie pole do zaangażowania dla kobiet. Ważną rolę odgrywają świeccy katechiści, bo ksiądz nie wszędzie może dotrzeć i świecki pełni rolę lidera – podkreśla Karolina. Papież mówi też wiele o Kościele dla ubogich. To bardzo przemawia do misjonarek. Jadą do kraju bardzo biednego, będą się z tym ubóstwem konfrontować. – Misjonarze mówią nam jednak, że więcej otrzymamy, niż będziemy dawać – podsumowują.•