• facebook
  • rss
  • Co w nas zostało?

    Monika Łącka, ks. Ireneusz Okarmus

    |

    Gość Krakowski 33/2012

    dodane 16.08.2012 00:00

    Rocznica ostatniej pielgrzymki. – W Boże Miłosierdzie, któremu 10 lat temu Jan Paweł II powierzył cały świat, wierzę bardzo mocno. Modlę się – tak jak on w Łagiewnikach – o to miłosierdzie dla świata, ale także dla siebie, bo wiem, jak bardzo jest mi daleko do wzoru, jaki stawiał przede mną Ojciec Święty – mówi Dominika Golec.

    W2002 r., wraz z Grupą Apostolską Młodzieży, do której wtedy należałam, byłam na trasie przejazdu papieża do Łagiewnik, na Mszy św. na Błoniach, a potem w Balicach machałam, ile sił w rękach, na pożegnanie odlatującemu po raz ostatni mojemu Ojcu. Mojemu, bo jestem przekonana, że wychowali mnie nie tylko rodzice, ale również papież.

    Był, jest i zawsze będzie jedną z najważniejszych dla mnie osób – opowiada Dominika. Uczestniczyła we wszystkich jego pielgrzymkach do Polski – najpierw jako dziecko z rodzicami, potem sama. – Swojego męża poznałam w czasie spotkania z Janem Pawłem II w Rzymie w 2000 roku w ramach Światowych Dni Młodzieży. W dniach, kiedy papież umierał, urodziłam moją starszą córeczkę. Nigdy nie zapomnę chwili, gdy – leżąc w szpitalu – o godz. 21.37 usłyszałam bijące dzwony. Po chwili ogromnego smutku zaczęłam się modlić i prosić papieża, by wypraszał u Boga błogosławieństwo dla całej mojej rodziny i nowo narodzonej córeczki. Cały czas staram się żyć tym, czego nauczał. Zwłaszcza przesłaniem o Bogu bogatym w miłosierdzie, które pozostawił nam podczas ostatniej pielgrzymki do Polski – dodaje Dominika.

    W ramionach Boga

    Ta ostatnia pielgrzymka, która była także pożegnaniem Jana Pawła II z ukochaną ojczyzną, głęboko zapadła w pamięć i serca większości osób, które w niej uczestniczyły. Ksiądz Michał Leśniak dziś pracuje w Centrum Jana Pawła II „Nie lękajcie się!”. W 2002 roku był diakonem i podczas konsekracji łagiewnickiej bazyliki znajdował się najbliżej papieża. – Mogłem mu pomagać, m.in. pchać platformę, na której poruszał się Ojciec Święty, podtrzymywać szatę. To był dla mnie wielki zaszczyt – wspomina. Widok cierpiącego papieża zostawił ogromne wrażenie. – Myślałem o nim jak o herosie wiary. W zakrystii, tuż przed Eucharystią, zobaczyłem człowieka starego i zmęczonego – opowiada i dodaje, że siła Jana Pawła II nie leżała w zewnętrznych atutach, ale w tym, co niósł ze sobą, co kształtowało jego nauczanie i postępowanie. – On znał i czuł ludzkie potrzeby. Słuchając go, każdy wiedział, że te słowa są właśnie dla niego, że pozwolą mu wyjść z trudnej sytuacji, wskażą właściwy kierunek. To było dotknięcie tajemnicy świętości – tłumaczy. – Wyjątkowym elementem uroczystości był dla mnie moment procesji wejścia. Kiedy Ojciec Święty wjeżdżał na wózku, pchany przez diakonów i pomocników, widziałem ten jego charakterystyczny sposób patrzenia, to przenikliwe spojrzenie na człowieka. Wydawało się, że już w tym spojrzeniu zawiera się jakiś rodzaj dialogu. Interesowała go nie architektura nowego kościoła, ale ludzie, którzy tam byli. On ich wszystkich pozdrawiał, chociaż jego ruchy były bardzo ograniczone – wspomina ks. Stanisław Mieszczak SCJ, w 2002 r. odpowiedzialny za przygotowanie celebracji. – Poruszający był też moment, gdy Jan Paweł II nie dał już rady namaścić całego ołtarza. Zrobił to tylko w dwóch miejscach – na środku i z brzegu. Wydawało mi się, że on chce wetrzeć olej w ten kamień. Jakby chciał zostawić tu też i swojego ducha. Teraz, za każdym razem, gdy wchodzę do sanktuarium, mam poczucie, że on tu jest – już nie słaby, chory, ale potężny Boży mocarz – dodaje. – Spotkanie z papieżem w Łagiewnikach było dla mnie zderzeniem dwóch rzeczywistości. Z jednej strony widoczna fizyczna słabość Ojca Świętego napełniania pełną troski obawą, czy podoła on wysiłkowi związanemu z przebiegiem całej uroczystości. Z drugiej – oczekiwanie na to, co powie Jan Paweł II, budziło ciekawość i drżenie wzruszonego serca. Jego ojcowska zachęta do przekazywania światu ognia miłosierdzia stała się dla mnie zobowiązaniem, a każde jego słowo dało radość, odwagę i nadzieję na szczęśliwe i prawdziwie dobre życie – wbrew słabościom i złu – w Bogu i rzeczywistości, jaką On przed nami stawia – mówi Leokadia Baran, wolontariuszka krakowskiego Stowarzyszenia „Faustinum”. Słowa zamienia w czyny. – Będąc w stowarzyszeniu, czuję się bezpieczna w ramionach Bożego Miłosierdzia i coraz lepiej poznaję, czym ono jest. Wolontariuszką jestem już 15 lat. Chcę bowiem cały czas być w pełnej gotowości do służby, którą przygotował dla mnie miłosierny Bóg. Miłosierny, czyli kochający mnie za nic. A skoro obdarza mnie miłością, to ja daję z siebie to, co najlepsze – dodaje pani Leokadia. Numer jej telefonu rozchodzi się od wielu lat pocztą pantoflową, a ten, kto go ma, może skorzystać z jej mądrej pomocy o każdej porze dnia i nocy. Pani Leokadia wraz z mężem działają też w swojej parafii (w zespole charytatywnym) i posługują jako wolontariusze krakowskiego Hospicjum św. Łazarza.

    Skarb jest w Krakowie

    Ostatnia pielgrzymka Jana Pawła II do Polski wciąż wydaje obfite owoce, także poza jej granicami. Symboliczna iskra miłosierdzia Bożego, którą Ojciec Święty zapalił 17 sierpnia 2002 r. dla całego świata, zawierzając go Bożemu Miłosierdziu, płonie dziś jasnym blaskiem na wszystkich jego krańcach, w najdalszych zakątkach naszego globu. W najbardziej egzotycznych krajach (w niektórych z nich, np. na Filipinach, mieszkańcy zatrzymują się o godz. 15, by odmówić Koronkę do Bożego Miłosierdzia) można zobaczyć kopię obrazu Jezusa Miłosiernego, a „Dzienniczek” św. s. Faustyny jest najczęściej tłumaczoną polską książką – doczekała się przekładu nie tylko na niezliczoną liczbę języków (np. na rumuński czy koreański), ale także dialektów. Każdego roku do krakowskich Łagiewnik przybywa ok. 2 milionów czcicieli Bożego Miłosierdzia z ok. 90 krajów świata, którzy – klęcząc przed Najświętszym Sakramentem – wypraszają dniem i nocą potrzebne łaski dla każdego z nas. W październiku 2011 r., podczas II Światowego Kongresu Bożego Miłosierdzia, w stolicy Bożego Miłosierdzia pojawiło się prawie 2 tys. jego apostołów, którzy dali krakowianom (niedoceniającym często skarbu, jaki mają na wyciągnięcie ręki) piękną lekcję zaufania Jezusowi. Niejeden mieszkaniec miasta przecierał ze zdumienia oczy, widząc, jak wypełnia się ono wielobarwnym tłumem pielgrzymów ubranych w tuniki ozdobione wizerunkami Jezusa Miłosiernego, śpiewających „In God we trust!” lub – jak mieszkańcy Królestwa Tonga, maleńkiej wyspy w południowej części Pacyfiku – „Sesu’oku ou falala ata kiate koe” (Jezu, ufamy Tobie) i dzielących się przejmującym świadectwem wiary. Wiary, która udowadnia, że nawet z najgłębszych otchłani smutku, beznadziei i zwątpienia Pan może wyprowadzić dobro. Tak jak u Rosy Chaanine z Libanu, której siostra Caroline umierała przed laty w kanadyjskim szpitalu na raka płuc, a ona przerażona płakała i pełna gniewu pytała Boga: „Dlaczego?!”. W końcu w jej ręce trafił modlitewnik z obrazkiem Jezusa Miłosiernego, usłyszała w sercu Jego głos i zaufała. I choć Caroline zmarła, to odchodziła z przekonaniem, że Jezus przytula ją do serca. Jej choroba i śmierć rozpoczęły wielkie dzieło ewangelizacji, najpierw w Kanadzie, a potem w Libanie, gdzie do dziś rozprzestrzenia się kult Bożego Miłosierdzia.

    «« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół