• facebook
  • rss
  • Spróbujmy tego „Napoju”!

    Bogdan Gancarz

    dodane 06.12.2012 22:11

    W Operze Krakowskiej wystawiono „Napój miłosny” Donizettiego. Warto spróbować...

    Trudno uwierzyć, że to dopiero pierwsza w historii naszej opery prezentacja tego pięknego dzieła muzycznego. Ta bezpretensjonalna, sielska opowieść o miłości, gdzie – jak w porzekadle – występują „wino, kobiety i śpiew”, gdzie wszystko dobrze się kończy, gdzie muzyka porywa słuchaczy swym pięknem, nigdy nie nuży uszu i oczu. Boć mistrz Kajetan (tak na polski wykłada się imię Gaetano) Donizetti (1797–1848) był nie lada jakim muzycznym majstrem. Jego opery do dziś cieszą się niesłabnącym powodzeniem jako doskonale wcielenie pięknego śpiewu („bel canto).

    Reżyser Henryk Baranowski postanowił przenieść akcję opery dziejącej się w XIX-wiecznej zapadłej włoskiej wiosce do... PGR na terenie Polski lat 50. ubiegłego wieku. Aby uzasadnić włoskość języka i bohaterów, uczynił z nich komunistycznych emigrantów z Włoch. Wygłosił przy tym manifest ideologiczny wyrażający jego „tęsknotę za wspólnotą”. Można się spierać z jego twierdzeniami, bo przecież tradycyjna wspólnota wiejska nie była tożsama ze wspólnotą pod przymusem, a taką były komunistyczne państwowe gospodarstwa rolne i spółdzielnie produkcyjne. Na szczęście, rzeczywistość sceniczna nie okazała się tak bardzo odstręczająca. Co prawda, na scenie widzimy PGR „Italia”, Nemorino (tenor Adam Zdunikowski) jest pegeerowcem, Adina (sopranistka Joanna Woś) traktorzystką, a sierżant Belcore (baryton Stanisław Kufluk) dowodzi grupą uzbrojonych w karabiny maszynowe wojaków w tropikalnych strojach współczesnych żołnierzy polskich służących w Afganistanie czy Iraku, niemniej scenograf Dorota Morawetz zrobiła wiele, żeby obraz ocieplić.

    Oto dojarkom i pastuchom spadają z nieba piękne amerykańskie ciuchy w stylu końca lat 50. XX wieku i już do końca oglądamy chórzystki jako eleganckie damy w spódnicach „bombkach”, obcisłych czerwonych sukienkach i „wietnamskich” kapeluszach, obcisłych spodniach, w stylowych okularach, we wszystkim tym, co było charakterystyczne dla tego bardzo twarzowego stylu w modzie. Na scenie zaś toczyła się bajkowa opowieść. Oto wiejski chłopak Nemorino kocha się w Adinie, która go lekceważy, a potem kieruje uczucia do sierżanta Belcore, który przybył ze swoimi żołnierzami do wioski. Zrozpaczony Nemorino udaje się po pomoc do szarlatana podającego się za doktora wszechnauk lekarskich. Ten sprzedaje mu „cudowny” eliksir, tytułowy „napój miłosny”, który ma skłonić ku niemu serce ukochanej. Eliksir okazuje się, co prawda, zwykłym winem, ale i tak wszystko dobrze się kończy. Kobiety, dowiedziawszy się, że Nemorino dzięki spadkowi zostanie bogaczem, zabiegają o jego względy, ten zaś jest przekonany, że to siła „napoju miłosnego” i że jej uległa także w końcu Adina, do której dotąd daremnie wzdychał. Wierzy w to nawet szarlatan Dulcamara (świetny w tej partii  bas Dariusz Machej), pusząc się w stylu pana Zagłoby: „Jam to, nie chwaląc się, sprawił”.

    Śpiewacy zaś bawili się na scenie bardzo dobrze, bawiąc publiczność. Joanna Woś ujmowała pięknym, belcantowym prowadzeniem frazy muzycznej, choć w I akcie jej głos brzmiał miejscami nieco zbyt chropawo. Machej z Kuflukiem dali popis zarówno wokalny, jak i aktorski. Mezzosopranistka Monika Korybalska jako Gianetta potwierdziła swą dobrą passę wokalną. Szkoda tylko, że śpiewający partię Nemorina Adam Zdunikowski był zbyt ospały, wyciszony, jakby naprawdę wypił za dużo „napoju miłosnego”.

    Świetny był chór, rozruszany wokalnie przez młodego chórmistrza Zygmunta Magierę, i orkiestra prowadzona pewną ręką rosyjskiego dyrygenta Eugeniusza Wołyńskiego. Okazał się on również nielichym showmanem, ubierając to misternie ufryzowaną perukę, to wenecką maskę karnawałową.

    Wybuchy śmiechu wzbudzała żywa koza prowadzona przez Nemorina oraz kury i indyczka „wcinająca” się swoim gulgotem w najcichsze piana orkiestry.

    Piękna muzyka Donizettiego zwyciężyła wszelkie mankamenty inscenizacyjne i wokalne. Spróbujmy więc tego „Napoju”! Najbliższe okazje ku temu zdarzą się na scenie Opery Krakowskiej 7, 8 i 9 grudnia. Warto obejrzeć i posłuchać, bo wystąpią wówczas także śpiewacy z innych obsad poszczególnych partii, m.in. Iwona Socha, Andrzej Biegun i Przemysław Firek.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Komentowanie dostępne jest tylko dla .

    Reklama

    Zapisane na później

    Pobieranie listy

    Reklama

    przewiń w dół