• facebook
  • rss
  • Mniejsze zło

    Piotr Legutko

    |

    Gość Krakowski 06/2013

    dodane 07.02.2013 00:00

    Aż o 700 tys. zł mniej z budżetu Krakowa dostanie Stowarzyszenie „U Siemachy”. Ale dzięki temu przetrwają świetlice Towarzystwa Przyjaciół Dzieci.

    Ten adres – Juliusza Lea 55 – miał wymiar symbolu wychowawczego sukcesu. Po odzyskaniu domu parafialnego przez zgromadzenie ojców misjonarzy, 20 lat temu otwarto wzorcowy ośrodek dla młodzieży, przykład owocnej współpracy miasta i organizacji pozarządowej. Przywożono tu głowy państw i sponsorów, by pokazać, „jak to się robi w Krakowie”. I oto 31 stycznia 2013 roku „Siemacha Spot” nieoczekiwanie zakończył swoją działalność.

    Zgodnie z zasadą: ktoś musi zrezygnować, aby przetrwać mógł ktoś inny. Jan Żądło, dyrektor Wydziału Spraw Społecznych Urzędu Miasta Kraków, tłumaczy dziennikarzom, że nie było innego wyjścia. Zadecydował fakt, że „Siemacha” ma w Krakowie najwięcej oddziałów i możliwości restrukturyzacji. Może łączyć poszczególne placówki i przejmować dzieci z tych zamykanych. Ks. Andrzej Augustyński, prezes stowarzyszenia, z bólem serca podpisuje się pod decyzją, w wyniku której z 7 zarządzanych przez „Siemachę” ośrodków pozostanie już tylko 5.

    Lider daje przykład

    – Wszystkie dzieci z ul. Lea dostały propozycję uczęszczania na zajęcia w ośrodku „Siemachy” przy ul. Długiej – mówi ks. Augustyński. Podobnie młodzież z likwidowanego ośrodka na os. Górali dostała zaproszenie z ComComZone, centrum sportowego prowadzonego przez „Siemachę” przy ul. Ptaszyckiego. – To, oczywiście, nie jest łatwy proces. Tworzymy grupy łączone. Rozmawiamy, przekonujemy. Zawsze w takich sytuacjach jest pewne napięcie między młodzieżą „starą” i „nową” – przyznaje ks. Augustyński. Ponieważ kluczowa w metodzie wychowawczej stosowanej w tych ośrodkach jest rola młodzieżowych liderów, zadbano, by ci z Lea znaleźli się na Długiej. I pociągnęli za sobą pozostałych. Sceptyczni wobec całej operacji są rodzice, dla których to już nie jest to samo. Zwłaszcza jeśli mają najmłodsze wiekowo dzieci i nie chcą wysyłać ich samych tramwajem. – To nie jest daleko, a warunki, jakie oferujemy na Długiej, są znakomite. W ciągu ostatnich lat zainwestowaliśmy w historyczny, bo pierwszy dom „Siemachy”, ponad 5 mln zł. Na pewno nikt, kto tu przyjdzie, nie będzie żałował – kusi ks. Andrzej.

    Po pierwsze: osiedla i galerie

    Kraków i tak jest w lepszej sytuacji niż wiele miast w Polsce. Ma bowiem pracującą według spójnej, sprawdzonej metody sieć ośrodków dla młodzieży. W sytuacji, gdy nadchodzi kryzys finansowy, można przynajmniej starać się oszczędzać „z głową”. Strategia przyjęta przez Stowarzyszenie „U Siemachy” jest jasna: być tam, gdzie jest młodzież, a nie czekać, aż ona przyjdzie do nas. Stąd priorytet dla oddziałów działających na osiedlach, w przejściach podziemnych (dosłownie!) czy galeriach handlowych. – Do naszego ośrodka w Bonarce trafiają najbardziej „subkulturowe” dzieci, czyli te, które potrzebują odtrutki, ciekawych zajęć, mądrych liderów – mówi ks. Augustyński. Podobnie jest w ComCom Zone, gdzie młodzież z Nowej Huty może realizować swoje sportowe pasje. A wychowanie przez sport to jeden z „Siemachowych” znaków firmowych. W sytuacji, gdy stowarzyszenie zostało postawione „pod ścianą”, zrezygnowało z domu przy Lea. Uznano, że koszty społeczne i wychowawcze po zamknięciu ośrodków przy ul. Konopnickiej czy Na Kozłówce byłyby dużo wyższe. Wybrano mniejsze zło.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół