• facebook
  • rss
  • Jesiotr żeruje przy autobusie

    Jan Głąbiński


    |

    Gość Krakowski 45/2013

    dodane 07.11.2013 00:00

    Nurkowanie. To jak podróż w kosmos, tyle że nie jest potrzebna rakieta. 
No i odbywa się w drugą stronę, czyli w podwodne głębiny. Hubert Bryja z Morawczyny nie wyobraża sobie, że mógłby w życiu robić coś innego. 
– Podwodny świat jest taki piękny! – zachwyca się.


    Do jego oglądania zachęca wszystkich, którzy obecnie odwiedzają Wysypy Kanaryjskie, a dokładnie Fuerteventurę. To właśnie tam spotykamy wodnego zapaleńca, który namawia turystów podczas rozmów w hotelach do zakosztowania głębinowych wrażeń.

    
– Chętnych z Małopolski nie brakuje, ostatnio miałem małżeństwo z Bukowiny Tatrzańskiej. Przyjechali nabrać sił przed 
zimą, bo mąż jest instruktorem w narciarstwie – uśmiecha się Hubert.


    24-latek pochodzi z Morawczyny koło Ludźmierza. Jest absolwentem Liceum im. Seweryna Goszczyńskiego w Nowym Targu.
– Ludzie, kiedy tylko wychodzą z wody po nurkowaniu, są tacy szczęśliwi! To się wszystkim udziela. Dlatego lubię to robić. Pod wodą panuje głęboka cisza. Jesteś tylko ty i woda. Do tego dochodzi poczucie nieważkości. Pod wodą po prostu się fruwa. Jesteś tak jakby w kosmosie, tyle tylko, że nie potrzebujesz rakiety – porównuje.


    Wzięty instruktor


    Swoją pracą na Fuerteventurze chciałby zarobić na dalsze kursy instruktorskie, jaskiniowe i techniczne, upoważniające do nurkowania poniżej 40 m. – To granica, gdzie zaczynają się specjalne procedury. To zupełnie inna bajka, której chciałbym stać się bohaterem – snuje swoje plany Hubert. Dodaje, że planuje nurkować na całym świecie, ale nie ma wypisanych obiektów, które chciałby obejrzeć. – Każde jedno jeziorko, niezależnie od głębokości, jest warte zobaczenia – kwituje. Podobnie jest z wrakami i różnego typu obiektami. – Każdy jeden ma niepowtarzalną historię, w każdym można zobaczyć coś innego, coś nowego – zapewnia. Nie wyklucza, że po powrocie do kraju, a będzie to najwcześniej za kilka miesięcy, chciałby ponurkować w Jeziorze Czorsztyńskim. Choć widoczność w jego głębiach jest bardzo słaba.


    Każdy dzień na „Fuercie” jest dla Huberta taki sam. Rano jeździ po wyspie i zbiera z hoteli chętnych do zapoznania się z podwodnym światem. Potem w bazie w Costa Calma odpowiednie szkolenia i nowa wodna przygoda z innymi bohaterami w roli głównej. – To nie jest nudne zajęcie, za każdym razem wody Oceanu Atlantyckiego są inne, podobnie jak ludzie, z którymi nurkuję. Na początku, kiedy tu przyjechałem, miałem mieszane uczucia. Wyspa okazała się bardzo pustynna, dzika. Tymczasem kiedy tylko wszedłem do wody, wiedziałem, że to jest to! – mówi pewnie.


    Wcześniej zasmakował nurkowania w polskich wodach, w Czechach i w Morzu Czerwonym w Egipcie.
Góral nurek jest wziętym instruktorem. Bywa, że niektórzy wskazują go jako tego, który będzie wtajemniczał ich w podwodny świat. – Ponoć zawdzięczam to niezwykle spokojnemu charakterowi i wielkiej cierpliwości – zastanawia się głośno. Zresztą nurkowanie we dwoje to najważniejsza zasada wchodzenia w podwodny świat. – Partner jest bardzo ważny. To on jako pierwszy pomoże nam wyjść z kłopotów, które mogłyby nas spotkać pod wodą. Istotne są też komputer nurkowy, kompas i automat oddechowy. Nie wspominając o nurkowym ABC – mówi Hubert.


    W gronie hardcorowców


    Kiedy zaczęła się jego przygoda z nurkowaniem? Żartuje, że nie satysfakcjonowała go głębokość potoczku przepływającego w okolicach jego rodzinnego domu na Podhalu. Na poważnie dodaje, że od dziecka oglądał filmy przyrodnicze, w tym „Podwodny świat”. Wodnego bakcyla chwycił na dobre na krakowskiej AGH, gdzie studiował ochronę środowiska.
– Mieliśmy do wyboru dodatkowe zajęcia z różnych dziedzin, wśród nich było nurkowanie. Po wykładach przeszedłem szybko do praktyki. I zaczęło się! Obudziły się moje dawne marzenia z dzieciństwa – wspomina Hubert.


    Trafił do Centrum Nurkowego „Kraken” na krakowskim Zakrzówku, gdzie widoczność pod wodą jest unikatowa niemal w skali całego świata, bo może sięgać nawet do 15–20 metrów. – Byłem w gronie „hardcorowców”. Po wykładach czekaliśmy na zajęcia praktyczne. Jak tylko stopniał lód, w marcu ruszyliśmy pod wodę – opowiada. Woda była dość zimna, na powierzchni miała 10 stopni. Ale Hubert poszedł w zaparte. Szybko zakończył kurs z nurkowania. Nie spoczął na laurach. Zaliczył inne ważne szkolenia. W końcu sam zaczął – jako instruktor – wprowadzać w wodne arkana. Już tylko nurkowanie było mu w głowie! – Pomyślałem sobie, że im głupszy pomysł, tym gorliwej go wykonuję – śmieje się.


    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół