• facebook
  • rss
  • Wszędzie mi dobrze

    Miłosz Kluba

    |

    Gość Krakowski 02/2014

    dodane 09.01.2014 00:00

    60 lat w zakonie. – Dziś życie jest jak wichura, kiedyś było spokojniej – mówi s. Antonina Kądziołka.

    Do Zgromadzenia Sióstr Miłosierdzia św. Wincentego à Paulo wstąpiła w 1953 roku. Jubileusz 60 lat życia zakonnego świętowała 27 listopada 2013 roku. – Pierwszy raz do klasztoru w Krakowie przyszłam w Matkę Boską, we Wniebowzięcie. I później wszystkie te klasztorne okazje mam w święta maryjne. A powołanie to mi się liczy na cudowny medalik, czyli 27 listopada – mówi s. Antonina. – Codziennie Bogu dziękuję, że się budzę, że głowę do góry mogę trzymać, że mi zdrowie daje. Bo naprawdę jest za co dziękować – przez 60 lat w zakonie to się trochę przeżyło...

    Posłuszna i grzeczna

    – Ja jestem dawniejsza. Przedwojenna – zaznacza z uśmiechem na samym początku rozmowy. Urodziła się w 1932 roku w Siekierczynie, wsi położonej nieopodal Limanowej. II wojnę światową przeżyła jako dziecko. – Głód był ogromny, bo jak wkroczyli „hitlery”, to nam wszystko zabrali – zboże, ziemniaki. Tyle tylko zostało, co było w polu wsiane. A żarna zaplombowali, żeby nie można było mleć tego zboża – wspomina. – Na przydział dawali jeden bochenek chleba na tydzień i kilogramową konserwę. Nas było w domu ośmioro, tośmy w jednym dniu zjedli – opowiada zakonnica. Jedynym ratunkiem była żywność schowana przed żołnierzami, którą mieszkańcy wsi dzielili się między sobą, i wcześniej wysiane, zbierane sierpem, a suszone pod dachem domu zboże. – Teraz, jak się opowiada młodym, to myślą, że to bajki – mówi s. Antonina. – Po wojnie zaczęła się szkoła – opowiada dalej – bo wcześniej to była jedna nauczycielka i nas tak uczyła, aby się tylko nazywało, że chodzimy do szkoły... Wtedy też przyszła siostra miłosierdzia uczestniczyła w misjach świętych w Limanowej, które dotyczyły m.in. postaci św. Wincentego à Paulo. – Mnie to tak pociągnęło, tak od serca mnie gnębiło, żeby pójść i poświęcić się biednym – mówi dzisiaj. Od zawsze zresztą lubiła pomagać innym, biedniejszym. – Kiedyś sobie postanowiłam, że nigdy nie będę się sprzeciwiać, tylko zawsze będę słuchać rodziców. Jak sobie będą życzyć, to ja taka będę – posłuszna i grzeczna. No i taka byłam – dodaje.

    Profesorzy i „kleryczki”

    W Krakowie s. Antonina była tylko rok. Potem trafiła do Krynicy górskiej i pracowała w ośrodku wypoczynkowym Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, gdzie zajmowała się kuchnią. – To był mój pierwszy dom i tam byłam szczęśliwa, bo to góry, świeże powietrze, drzewa, a i pracy, sprzątania nie brakło – wspomina zakonnica. Ciepło mówi także o siostrach, z którymi tam pracowała – o przełożonej tak miłej i dobrej, że „można było ją zjeść” oraz siostrze prowadzącej kancelarię, co w czasie wojny straciła rękę, gdy bomba wylądowała na podwórku, przez które akurat przechodziła. – Musiała się potem nauczyć i pisać, i wszystko inne robić lewą ręką – opowiada. Potem siostra trafiła do seminarium duchownego w Gorzowie Wielkopolskim, gdzie „pracowała przy kleryczkach”. Jak wspomina, było ich około 200, a samo seminarium zorganizowano w kilku dawnych domach, co zresztą skutecznie utrudniało jego funkcjonowanie. Następnie trafiła m.in. do domu opieki przy ul. Helclów w Krakowie (tam pracowała przez 5 lat) oraz do Żmigrodu w województwie dolnośląskim (20 lat), gdzie szarytki do tej pory prowadzą m.in. gospodarstwo. – Tak sobie żyłam. Nadzwyczajnego nic nie wykonywałam, tylko zawsze takie proste czynności, bo ja do szkoły nie miałam specjalnego pociągu, tylko wolałam swoją siłę Panu Jezusowi poświęcić. A miałam strasznie dużo siły. Zawsze mówili o mnie, że jestem „żywe żelazo” – przyznaje s. Antonina. – Wszędzie się czułam dobrze, aż doszłam do tego czasu. Jak tylko człowiek sobie sam nie sprzykrza, tylko gdzie go postawią, tam się stara, to jest i łaska Boża z góry, i dobrze jest człowiekowi – mówi. W Choczni pracuje od 1997 roku i tu zajmuje się kuchnią.

    Na każdy temat

    Od samego początku istnienia zgromadzenia, czyli od pierwszej połowy XVII wieku, szarytki łączą kontemplację z działaniem. Obserwują więc zarówno życie we wspólnocie sióstr, jak i współczesny im świat. – Życie zakonne to się za bardzo nie zmienia. Jednakowo się modlimy, tak samo wykonujemy zalecenia przełożonych. Tym się żyje i nie ma specjalnych przełomów – wyjaśnia s. Antonina. Jedną ze zmian była niewątpliwie reforma habitu sióstr miłosierdzia. S. Antonina swoją posługę rozpoczynała, gdy szarytki nosiły czarne stroje z dużymi, białymi czepkami. Dziś używają one granatowych habitów długich do pół łydki oraz granatowych welonów sięgających za ramiona. Siostra przyznaje, że nie może się przyzwyczaić do tempa dzisiejszego życia, do nieustannego stresu, któremu wszyscy podlegają. – Myśmy są nauczone żyć więcej w spokoju, systematycznie, z pokorą, znieść niejedno – dodaje. – Takie życie... Przyglądamy się jednemu i drugiemu, ks. Mateuszowi też się przyglądamy – mówi, zwracając się do młodego wikarego parafii w Choczni, który towarzyszy nam w rozmowie. – Nie na długo wystarczy księdzu tych sił i energii. Strasznie jest energiczny, bardzo się poświęca, fruwa po prostu! – kontynuuje zakonnica. Żartuje, że „jak już taki jest urodzony, to trudno go przestawiać”.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół