• facebook
  • rss
  • Miss pogody ducha

    dodane 16.01.2014 00:00

    Gdy miała 3 lata, lekarze zdiagnozowali u niej rdzeniowy zanik mięśni, a 14 lat, gdy usiadła na wózku. Dziś Angelika Chrapkiewicz-Gądek jest szczęśliwą mężatką z wieloma pasjami, przede wszystkim z pasją życia.

    Angelika jest klasycznie piękna – blond włosy i niebieskie oczy. Jej urodą zachwyciła się zresztą część Polski – w ubiegłym roku została finalistką I Konkursu Miss na Wózku, organizowanego przez Fundację „Jedyna Taka”. – Zupełnie nie myślałam, żeby wziąć w nim udział – opowiada. – Koleżanka wkleiła na moją stronę Facebooka link do konkursu i znajomi zaczęli namawiać, żebym się zgłosiła. Dostała się do finału. Biorąc udział w konkursie, nie zależało jej na promowaniu swojej ładnej buzi. – Chciałam przyczynić się do przełamywania stereotypów na temat osób niepełnosprawnych – wyjaśnia.

    Czas hartowania

    Najszczęśliwszy okres w życiu? Dzieciństwo, wbrew chorobie. Wychowywała się w Zakopanem, w typowym małym góralskim domu – trzy pokoje, kuchnia i łazienka. Tata jest rodowitym góralem, mama – Ślązaczką. Po nich Angelika odziedziczyła hart ducha i upór. Jak wszystkie dzieci, jeździła na rowerze, łaziła po drzewach. Była słabsza, więc nierzadko kończyło się to upadkami i zadrapaniami. Ale wywracała się i podnosiła, spadała z drzewa i właziła z powrotem. W tym okresie zdarzały się też przykre sytuacje – napiętnowanie przez dzieci z powodu odmiennego wyglądu sylwetki, może nie bardzo brutalne, ale bolesne. Paradoksalnie naprawdę szczęśliwy okres rozpoczął się dla Angeliki, gdy opuściła dom i podjęła naukę w szkole z sanatorium. Z rodzicami widywała się tylko w weekendy. Tam poznała przyjaciół, z którymi utrzymuje kontakt do dziś. – Wszyscy byliśmy tacy sami, z jakąś niepełnosprawnością. Nikt na nikogo dziwnie nie patrzył, nie komentował – mówi. Ten czas tak umocnił Angelikę, że po szkole średniej zdecydowała się wyjechać na studia do Krakowa. Dostała się na turystykę.

    Skok na głęboką wodę

    Pierwsze miesiące w Krakowie nie były najłatwiejsze. Mieszkała w akademiku. Doskwierała jej samotność. Praktycznie codziennie płakała w poduszkę, a rodzicom mówiła, że wszystko jest w porządku. Chciała sobie sama poradzić. I tak się stało. – Pierwszych przyjaciół znalazłam nie na swoim kierunku, ale wśród studentów geografii – opowiada. Koledzy przenosili jej wózek, czuła, że może liczyć na ich wsparcie. Potem zaprzyjaźniła się także z koleżankami ze swojego kierunku. – Ja w ogóle jestem bardzo otwarta na ludzi, przyjaźnie do nich nastawiona. To mi pomagało w każdym momencie życia – przyznaje. Na trzecim roku studiów rozpoczęła się jej przygoda z nurkowaniem. Namówił ją do tego przyjaciel. – Na początku się wzbraniałam, że nie dam rady, że zimna woda – śmieje się. Ale gdy spróbowała, zupełnie przepadła. Pod wodą znalazła świat bez niepełnosprawności. Wstąpiła do Stowarzyszenia Centrum Turystyki Podwodnej „Nautica”, w którym po kilku latach została wybrana na prezesa. W „Nautice” tuż po studiach zaoferowano jej też pierwszą zarobkową pracę. Była odpowiedzialna za sprzedaż i organizację zagranicznych wyjazdów z nurkowaniem. Pracowała do godz. 18, po 18 charytatywnie zajmowała się pracą dla stowarzyszenia. – Dawało mi to mnóstwo satysfakcji, ale zaczęłam czuć, że tego wszystkiego jest za dużo. Można powiedzieć, że nowa praca znowu sama ją znalazła. Jest w niej do dziś. To Spółdzielnia Socjalna „Republika Marzeń Mimo Wszystko” Fundacji Anny Dymnej. Zajmuje się czymś zupełnie odmiennym niż do tej pory – promocją twórczości osób niepełnosprawnych. – Obawiałam się, że taka praca non stop w środowisku niepełnosprawnych nie będzie dla mnie korzystna – mówi. Dzisiaj widzi, że były to obawy na wyrost. Praca daje jej wiele satysfakcji, ale nie ogranicza do niej swojego życia. Podejmuje poza nią inne wyzwania. Na przykład zdobycie Kilimandżaro.

    Szczyty możliwości

    Po co niepełnosprawna osoba zdobywa Kilimandżaro? – Po prostu chciałam – mówi krótko. Zorganizowanie wejścia na Kilimandżaro wymyśliła Anna Dymna. Poszło 9 osób. – Mnie niesiono na specjalnych noszach oraz na zmianę w plecaku z wyciętymi otworami na nogi. Można by stwierdzić, że to nic wielkiego być wyniesioną, ale sprowadzało się do przebywania w tej samej pozycji przez 8 godzin dziennie – mówi Angelika. Kręgosłup bolał niemiłosiernie, ale uśmiechy na twarzach towarzyszy rekompensowały trudy. – Zrobiliśmy to w tym samym celu, dla jakiego brałam udział w konkursie piękności – żeby pokazać, że wszelkie ograniczenia są po to, żeby je pokonywać – dodaje. Angelika ma jeszcze inne pasje – gotowanie, zwłaszcza dań z makaronów i sałatek, a ostatnio Afrykę. Na Czarnym Lądzie była dwa razy – w Kenii i Tanzanii. W roku 2014 chciałaby znowu odwiedzić ten kraj. Inne życzenia na Nowy Rok? Tylko podstawowe – zadbać o zdrowie i kondycję, by żyć pełnią życia. Optymizm Angeliki i jej pogoda ducha znaczą w jej życiu więcej niż uroda i niepełnosprawność. Diagnoza jej choroby wskazuje, że będzie ona postępowała. Pokazuje mi lekko wykrzywione palce dłoni, podsuwając pytanie: „Czego się boi?”. Zamyśla się na chwilę: – Chyba tylko burzy.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół