• facebook
  • rss
  • Uzdrowiciel „ptaszków”

    Bogdan Gancarz

    |

    Gość Krakowski 06/2014

    dodane 06.02.2014 00:00

    Ulica Szpitalna nie będzie już taka, jak do tej pory. Zniknął z niej bowiem na dobre zakład naprawy piór wiecznych, prowadzony od 1947 r. niezmiennie przez Mariana Gregę.

    Słynnego zakładu nie pokonała podwyżka czynszów, gdyż pan Marian był doceniany przez właścicieli kamienicy, w której naprawiał pióra. Będąc w wieku matuzalemowym (rocznik 1924), „uzdrowiciel piór” musiał się jednak ugiąć przed niemocą fizyczną, spowodowaną ubiegłorocznym dotkliwym złamaniem kości. Teraz okna zakładu pod numerem siódmym są zaklejone, wewnątrz trwa remont z myślą o nowym najemcy. I tylko mała karteczka za spotniałą szybą informuje, że pióra do naprawy można zostawiać u optyka w bramie.

    Tu był klimat

    Marian Grega jest jedną z legendarnych postaci Krakowa. Znano go zresztą w całej Polsce i poza nią, bo w kraju nikt nie mógł się z nim równać w tym szlachetnym fachu. Przychodzili do niego profesorowie i uczniowie, dziadkowie i wnukowie; pióra przysyłano do naprawy z całego świata. – O tym, że zakład naprawy piór wiecznych przy ul. Szpitalnej jest zamknięty z powodu choroby właściciela, dowiedziałem się już kilka miesięcy temu. Chciałem oddać do czyszczenia (a także, jak się spodziewałem, drobnej naprawy) pióro narzeczonej. Odwiedzałem ul. Szpitalną kilka razy, a zakład wciąż był zamknięty. Szkoda, że już na zawsze – mówi Miłosz Kluba, nasz redakcyjny kolega. Dodaje, że choć w internecie można znaleźć oferty specjalistów, którzy wysłane pocztą pióro profesjonalnie naprawią, jednak to nie to samo. Wizyta w malutkim pomieszczeniu, obwieszonym liczącymi kilkadziesiąt lat plakatami, reklamującymi znane marki piór wiecznych, krótka rozmowa z panem Gregą i te brązowe karteczki z numerami, potwierdzające zostawienie pióra do naprawy – to miało klimat. Jakoś od razu lżej było rozstać się na te kilka dni z ulubionym Parkerem czy Pelikanem, wiedząc, że został w dobrych rękach. – Ten zakład – mały, wciśnięty w ulicę Szpitalną – to dla mnie kawałek osobistej historii. Bywałem tam ze swoimi piórami, koło prostej witryny sklepu przechodziłem setki razy, za każdym razem zerkając z ciekawością. Cały ten czas pan Marian wydawał mi się niezmienny, ciągle taki sam starszy pan w granatowym fartuchu – wtóruje mu Janusz Bielec, informatyk i wydawca z Krakowa. Wydawałoby się, że rozwój technik pisania – długopis, maszyna do pisania, komputer – zabije zainteresowanie piórami. Tymczasem wciąż nie brakuje ich miłośników. Jedni nimi wciąż piszą, inni zaś jedynie je kolekcjonują. Wielu z nich trafiało do pana Gregi. Wiedzieli, że on potrafi wszystko.

    Zawsze dobrze radził

    Kiedyś naprawiał tu swe pióra ks. Karol Wojtyła, przychodził reżyser Andrzej Wajda, po swym powrocie do Krakowa zachodził tu ze swymi piórami noblista Czesław Miłosz. Pióra oddawał tu do naprawy także znany benedyktyn z Tyńca o. Paweł Sczaniecki, który wiele swoich artykułów pisał ręcznie. – „Ja, moi drodzy, najlepiej skupiam swój umysł jedynie wtedy, gdy piszę piórem. Wy zaś męczcie się dalej z przepisywaniem tego na komputerze” – żartował, przynosząc do naszej redakcji przy Rynku Kleparskim kartki swych felietonów, wypełnione stawianymi zamaszyście (był przecież kawalerzystą!) rzędami pisanych piórem wyrazów. Uzdrowiciel „ptaszków”, jak o piórach marki Pelikan wyrażali się ich właściciele, nie tylko naprawiał pióra, lecz dobrze radził, jak je użytkować. – Kiedy w latach 80. wymieniałem uszkodzoną stalówkę jednego z moich piór chińskich, zapytałem, jaki, według niego, atrament dostępny na rynku poleca do wiecznych piór. Wskazał na zwykłą niebieską „Astrę”, co wtedy trochę mnie zniesmaczyło. „Astra” produkowała wówczas także piękny fioletowy atrament. Jak się potem okazało, fioletowy atrament po zaschnięciu w piórze praktycznie nie dawał się wypłukać. Pan Marian dobrze mi więc radził – mówi Janusz Bielec. Marian Grega fachu nauczył się w czasie wojny. Był typem rzemieślnika starej daty, rzetelnego i grzecznego dla klientów. Nie dbał o popularność. W ostatnich latach prawie wcale nie rozmawiał już z dziennikarzami. – Com miał powiedzieć o piórach i o swoim fachu, to powiedziałem. Teraz zaś, gdy praktykantom dziennikarskim każą wymyślić jakiś temat, to od razu lecą albo do mnie, albo do pracowni perukarskiej przy ul. Długiej. Ileż można gadać o tym samym – mówił. Na Szpitalnej już nie przyjmuje. Oby jednak jak najdłużej kartka o tym, że pióra do naprawy można teraz zostawić „u optyka w bramie”, nie znikała.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół