• facebook
  • rss
  • Wolny jezuita

    dodane 20.02.2014 00:00

    – Takich właśnie ludzi potrzeba w Towarzystwie Jezusowym. Nie kolejnych kopii, ale oryginałów – mówił o. Jacek Maciaszek SJ podczas ostatnich ślubów zakonnych o. Jarosława Naliwajki.

    Krakowski jezuita, o którym śmiało można powiedzieć, że jest najoryginalniejszy ze wszystkich zakonników mieszkających w klasztorze przy ul. Kopernika 26, złożył swoje śluby 22 kwietnia. W tym samym dniu, tego samego miesiąca, swoje śluby składali także – sześć wieków wcześniej – św. Ignacy Loyola, założyciel zakonu jezuitów, a 41 lat temu – o. Jorge Mario Bergoglio, dziś ojciec święty Franciszek.

    Zachwyt i wytrwałość

    Droga o. Naliwajki do tego wydarzenia, wieńczącego kilkanaście lat przygotowań, momentami była, mówiąc delikatnie, oporna. – Jako nastolatek byłem kiepskim uczniem. Chodziłem do klasy o ścisłym profilu, a miałem problemy z tabliczką mnożenia – wspomina swoje lata nauki w Liceum im. Batorego w Chorzowie, skąd pochodzi. Potem okazało się, że jest dyskalkulikiem i dysgrafem. Jak więc doszło do tego, że wybrał zakon, którego duchowość w dużej mierze opiera się na pracy naukowej? Gdy w 1987 r. zainteresował się jezuitami, był studentem ekonomii na uniwersytecie w Katowicach. Poszedł tam za radą rodziców, którzy twierdzili, że ekonomia równa się pewna praca. Pan Bóg – jak się okazało – chciał dla późniejszego zakonnika drogi mniej pewnej, za to w pełni zgodnej z pragnieniami i predyspozycjami przyszłego jezuity. Decyzję o wstąpieniu do zakonu podjął pod wpływem lektury dwutomowej książki Jamesa Brodricka SJ „Powstanie i rozwój Towarzystwa Jezusowego”. Po jej przeczytaniu od razu pobiegł do miejscowego proboszcza, żeby doradził mu, jak zostać jezuitą. W szeregi Towarzystwa wstąpił jeszcze w tym samym roku. Już na początku pojawiły się problemy. Przez równy rok ks. Jarosław zdawał egzamin ze spowiedzi – poprawka za poprawką, 8 podejść. Kolejny egzamin komisyjny – z historii Kościoła. Po nim następny, itd. Za sprawą porażek ks. Naliwajko został prezesem Koła Vianneyczyków, które utworzyli sobie studenci wyróżniający się liczbą oblanych zaliczeń. – Św. Jan uchodził za wyjątkowo mało inteligentnego. Powiedziano mu, że zostanie wyświęcony, jak się chociaż modlitwy „Ojcze nasz” nauczy. Pod tym względem uważaliśmy się za podobnych do niego – opowiada dziś zakonnik. Prawdziwą klęską były jednak dopiero wstrzymane na rok święcenia. O. Naliwajko przyznaje, że do tej pory nie wie, dlaczego tak się stało. Być może to był skutek notorycznego oblewania egzaminów. Po latach dowiedział się od jednego z braci, że podczas jego studiów wśród profesorów krążyła opinia o młodym Naliwajce jako... najbardziej inteligentnym ze studentów.

    Udowodnię wam wolność

    Jak na tak źle zapowiadający się przypadek o. Naliwajko skończył całkiem nieźle. Można bez przesady powiedzieć, że to człowiek-orkiestra. Kilka lat wykładał w Katedrze Pedagogiki w jezuickim „Ignatianum”. Dziś pełni funkcję konsultanta archidiecezji krakowskiej ds. egzorcyzmów i jest członkiem Polsko-Izraelskiego Towarzystwa Zdrowia Psychicznego. Oprócz tego prowadzi Duszpasterstwo Osób Żyjących w Związkach Niesakramentalnych, jest psychoterapeutą, a prywatnie – artystą. Ten talent artystyczny ma być może w genach, gdyż jego starszy brat Piotr jest zawodowym malarzem. W historii Kościoła wśród kapłanów było kilku wybitnych artystów. O. Naliwajko za wybitnego się nie uważa, chociaż uprawia i fotografię, i poezję, i prozę. Jego debiutancką powieść „Zero” dr hab. Krzysztof Biedrzycki, adiunkt w Katedrze Krytyki Współczesnej Wydziału Polonistyki UJ, uznał za ewenement na rynku księgarskim – pierwszą dobrą książkę o księdzu. W najbliższych miesiącach ukaże się także nowy tomik poezji o. Naliwajki pt. „Mistyka”, a jesienią – powieść „Kalendarz”. Tymczasem o. Naliwajko ma już napisanych – bagatela! – 9 książek. Wśród nich m.in. opowieść o cieniu Szoah w kolejnych pokoleniach („Zagęszczone rozproszenie”), o małżeństwie, które dopuszcza się zdrady z księdzem, żeby ratować związek („Wrzód”), o mistycznych doświadczeniach zakonnika („Rekolekcje”). – Gdy zaczynałem pisać, miałem jeden cel: pokazać, że w Kościele jest miejsce na wolność. Uznałem, że najlepszym argumentem będą nie słowa, ale czyny. Więc się wziąłem za uprawianie sztuki, bo sztuka jest jedynym dowodem na wolność – wyjaśnia swoje zaangażowanie jezuita. Ze swoim zamiłowaniem do wysiłku i profesjonalizmem w wielu obszarach działalności o. Naliwajko jest jezuitą z krwi i kości. Dziś trudność sprawiają mu jedynie kazania. Zawsze stara się wymyślić coś oryginalnego. W innych problemach pomagają współbracia. – Mam szczęście, bo to bardzo inteligentni ludzie, więc zawsze mądrze doradzą. Mnie uważają za dziwaka. Bardzo ich, także za to, lubię – kwituje. Również to, jaki o. Naliwajko jest na co dzień, potwierdza prawdę o tym, że Kościół jest dla wszystkich. Kiedyś spotkaliśmy go na Brackiej, ubranego w czerwone „dzwony”, kurtkę i okulary à la Elvis. Zapytaliśmy go żartobliwie, dlaczego się tak kamufluje. Uśmiechnął się i rzucił: – Udaję, że mi nie zależy.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    • Tomek
      26.11.2014 13:20
      Polsko-izraelskie towarzystwo zdrowia psychicznego ? A cóż to za twór ?
      Kolejny przechrzta, który szuka własnych korzeni ?
    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół