Nowy numer 17/2018 Archiwum

Ona miała być nasza

W tej profesji nie ma urlopu ani L4. Dzieciom trzeba się oddać bezgranicznie.

Anna i Jan Piskorzowie rodziną zastępczą, a dokładnie pogotowiem rodzinnym, zostali 11 lat temu. W tym czasie w ich domu pojawiło się w sumie 36 dzieci – głównie noworodków i niemowlaków, choć były też i dzieci nieco starsze. Niektóre wróciły potem do swoich domów rodzinnych, ale większość znalazła nowy, dobry dom, w rodzinach adopcyjnych. – Każde kochaliśmy jak swoje – zapewniają, a tych swoich, dorosłych już dzieci, mają troje. Obecnie opiekują się rocznym Filipem, zwanym też Waynem, który dużymi, brązowymi oczami uśmiecha się do całego świata. Jego mama była Polką, a ojciec pochodzi z Kamerunu. Za jakiś czas chłopiec ma szansę wrócić do taty.

Maluchy – nasza miłość

– Rozstania z dziećmi to dla nas rzecz najtrudniejsza. Nie dlatego, że uważamy je za własne, ale dlatego, że dajemy im całe serce, a one przywiązują się do nas. Wierzymy jednak, że to wszystko ma sens, że scenariusz pisze Bóg – przekonuje pani Ania i dodaje, że opieki nad dziećmi nie traktują jako pracy. – My to po prostu lubimy, a dzieci są w naszym życiu najważniejsze. Gdy dzieci państwa Piskorzów były już odchowane (najmłodsza córka miała 10 lat – teraz ma 21), znajomi zapytali, czy chcieliby zostać rodziną zastępczą jak oni. – Powiedzieliśmy, że nie. Wydawało nam się, że obcymi dziećmi nie będziemy umieli zajmować się z taką miłością jak swoimi. Myśleliśmy też, że byłyby to dzieci „trudne”, które niełatwo wychowywać – wspomina pan Jan. Pogotowiem rodzinnym została wtedy jednak siostra pana Jana i w jej domu pojawiły się dwie małe dziewczynki. – Mieszka niedaleko nas, więc chodziłam jej pomagać i odkryłam, że to zupełnie zwyczajne dzieci, które potrzebują miłości, uwagi, bycia z nimi. Postanowiliśmy, że i my spróbujemy – opowiada pani Ania. Warunek był jeden: chcieli się opiekować małymi dziećmi. – Maluchy to nasza miłość – mówią. Ukończyli więc niezbędne szkolenie i wkrótce trafiły do nich dwa noworodki – najpierw dziewczynka, a potem chłopiec. – Moi rodzice zawsze lubili opiekować się innymi ludźmi, więc z domu wyniosłam, że taka pomoc może dawać radość i satysfakcję. I daje. Opiekując się dziećmi, szukałam informacji o ich rozwoju fizycznym, emocjonalnym, i stało się to moją pasją. Byłam na wielu konferencjach, kursach, warsztatach, w kraju i za granicą. Niektórzy dziwili się po co się edukujemy, skoro mamy swoje dzieci i dobrze sobie z nimi radzimy. Jednak te maluchy, które do nas trafiały, były i są po różnych życiowych zawirowaniach, dlatego takie szkolenia okazują się bardzo przydatne – zauważa A. Piskorz.

Hania była nam pisana

Pogotowiem rodzinnym przez kilka lat byli też Bożena i Paweł Majewscy. Opiekowali się w sumie 18 dzieci, aż w końcu w ich domu pojawiła się Hania. Miała wtedy zaledwie miesiąc, a za sobą ostrą walkę o życie. – Większość dzieci odbieraliśmy ze szpitala. Tak było też z Hanią. Okazało się jednak, że dziewczynka po urodzeniu była zatruta alkoholem i ma FAS (alkoholowy zespół płodowy). Nie jadła, nie miała tkanki tłuszczowej. Była w ciężkim stanie i nie było pewności, czy z tego wyjdzie. A jednak miała w sobie dużo siły – opowiada pani Bożena. Gdy trafiła do pogotowia rodzinnego, wygrała los na loterii… Potencjalne rodziny adopcyjne, które do niej przychodziły, wycofywały się. Bały się, bo Hania była jedną, maleńką niewiadomą. – Gdy mijało 1,5 roku, a tyle teoretycznie dziecko może spędzić w pogotowiu, zrozumieliśmy, że albo zostanie z nami, albo pójdzie do ośrodka dla dzieci niepełnosprawnych. Cała rodzina zdecydowała jednogłośnie: przekwalifikujemy się na specjalistyczną rodzinę zastępczą, a ja zostanę prawnym opiekunem Hani. I tak się stało. To było gdzieś zapisane, ona miała być nasza… – wspomina B. Majewska. Dziś Hania ma 4,5 roku i jest pełną energii małą kobietką. Prawie nie mówi, choć słowa „mama” i „tata” idą jej jednak całkiem dobrze. Za to szybko uczy się znaków migowych. Ma też poważne problemy z nerkami i uszkodzone płaty czołowe w mózgu, dlatego zdarzają się jej gorsze dni. Szybko jednak wraca do dobrej formy i wtedy wszystko jest okazją do dobrej zabawy. – Jest cudnym, wesołym dzieckiem i bardzo się nią cieszymy – mówi pani Bożena i dodaje, że w wielu sytuacjach bardzo ważne jest wsparcie najbliższych i przyjaciół. – By być dobrą rodziną zastępczą, trzeba mieć w sobie ciepło i dużo miłości do dzieci. Trzeba chcieć je kochać i stworzyć im dom – podkreśla.

« 1 2 »
oceń artykuł

Zobacz także

Zapisane na później

Pobieranie listy

Rekalma