• facebook
  • rss
  • Miłosierna mama dwóch Wojtków

    Monika Łącka

    dodane 12.04.2015 06:00

    Tyle szczęścia, ile krakowianka Anna Paruch potrafi dać dwóm niepełnosprawnym chłopcom, nikt jeszcze na świecie nie widział!

    Samarytanka Ania miłosierne serce miała od zawsze - ciągle kimś się opiekowała i wciąż lubiła pomagać. Jak nie dzieciakom z tzw. trudnych domów, to starszej sąsiadce, która przed laty brała udział w Powstaniu Warszawskim.

    W końcu kolega wciągnął ją w wolontariat w Domu Pomocy Społecznej przy ul. Łanowej 41B, w którym mieszkali niepełnosprawni chłopcy - mali, duzi, i zupełnie nieporadni.

    Miało to być zajęcie na chwilę tylko, bo ktoś musiał zastąpić pracowników, którzy chcieli uczestniczyć w rekolekcjach z Jeanem Vanierem. Tym od "Arki" i niepełnosprawnych osób, które Vanierowi bardzo dużo zawdzięczają…

    Ania Paruch w DPS na chwilę zostać jednak nie umiała. I choć pierwszego dnia przeżyła szok, bo na początku lat 90. XX w. "standardy" w DPS różniły się od tych, które dziś obowiązują (i można się było przestraszyć), to niepełnosprawni chłopcy mocno ją za serce chwytali. A wzrokiem mówili, że kogoś, kto ich wszystkich polubi i zaakceptuje, bardzo potrzebują... Ania odmówić im nie umiała, a po obozie zimowym, na który z nimi pojechała, już nie było odwrotu. "Wsiąkła" na dobre.

    I tak Ania została z chłopcami na dłużej, a przy okazji, małymi krokami, wraz z pracownikami DPS i powiększającą się grupą wolontariuszy, zmieniała świat niepełnosprawnych na lepsze.

    Z inicjatywy nowej pani dyrektor DPS najpierw trzeba było odmalować ściany, potem dobrać ubrania dla każdego z chłopców, a na końcu stworzyć projekt warsztatów terapii zajęciowej, co wtedy nie było takie oczywiste.

    W końcu przyszedł czas na przedsięwzięcie niezwykłe - obóz z niepełnosprawnymi maluchami, który okazał się początkiem rewolucji w życiu miłosiernej Ani.

    - Wymyśliliśmy jako opiekunowie, że będziemy spać w pokojach z dziećmi, by dać im namiastkę normalnego domu. Trochę się tego bałam, bo nie wiedziałam, czy nie robimy im w ten sposób krzywdy. Zastanawiałam się, czy lepiej dać ugryźć jabłko, by ktoś poznał jego smak i potem tęsknił, czy lepiej, by nigdy go nie poczuł? Do dziś tego nie wiem - opowiada.

    Więzi tworzyły się jednak coraz mocniejsze, więc niespokojne serce samarytanki podpowiadało kolejną rzecz: że chłopców można zabierać do domu, np. na niedzielne obiady. W domu Ani niepełnosprawni chłopcy poczuli się jak w niebie…

    «« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Komentowanie dostępne jest tylko dla .

    Reklama

    Zapisane na później

    Pobieranie listy

    Reklama

    przewiń w dół