• facebook
  • rss
  • Obiecał, że włos im z głowy nie spadnie

    Monika Łącka

    |

    Gość Krakowski 40/2015

    dodane 01.10.2015 00:00

    Pieszo do Rzymu. – Gdy weszłyśmy na plac św. Piotra, powiedziałyśmy: „Chwała Tobie, Panie!”, odmówiłyśmy „Ojcze nasz” i... zaczęły bić dzwony. Była godz. 15. Idąc, nie patrzyłyśmy jednak na zegarki – zapewniają Paulina Uszko i Angelika Chmiest.

    Jak przekonują, Pan Bóg dał im łaskę trwania przez 7 tygodni w nieustającym zaskoczeniu, a przy okazji uczył pokory i zaufania bez granic. Obmyślając pielgrzymkę, postanowiły, że każdego dnia znajdą osobę, dla której postarają się zrobić coś dobrego. Bóg miał jednak inną strategię – nie tylko podsyłał im takie osoby, żeby nie musiały zbyt długo szukać, ale też stawiał na ich drodze ludzi, którzy zjawiali się nieoczekiwanie, dawali jedzenie, picie, proponowali nocleg i znikali. – Pan spełniał wszystkie nasze pragnienia, troszczył się o każdy szczegół. Nawet kawę i włoskie rogaliki nam podarował, gdy chwilę wcześniej Go o to poprosiłyśmy. Jakiś mężczyzna zapytał po prostu, czy może nam je kupić – wspominają.

    Za lewe nogi

    W drogę do Rzymu dwie krakowskie studentki AGH wyruszyły 9 lipca, z sanktuarium Bożego Miłosierdzia. Inaczej być nie mogło, bo cała trasa została starannie zaplanowana w niebiosach. Do celu doszły po 49 dniach wędrówki i 50 nocach spędzanych w różnych miejscach: na plebaniach, w klasztorach, domach, ale też „pod chmurką”, w stodole, a raz nawet w trzygwiazdkowym hotelu z widokiem na Alpy, gdy Bóg zrobił im małą niespodziankę. Pokonały ponad 1500 km – dziennie szły od kilkunastu do nawet 50 km. Po 4 dniach pożegnały Polskę, 6 dni przemierzały Czechy, a 11 dni zajęło im przejście przez Austrię. 1 sierpnia przekroczyły granicę w Tar- visio i przed sobą miały jeszcze więcej niż połowę pielgrzymki. Paulina (22 lata) i Angelika (23 lata) nie szły jednak bez przygotowania. Kiedyś pokonały Ekstremalną Drogę Krzyżową oraz nocną, liczącą 60 km pielgrzymkę z Piekar Śląskich do Częstochowy. Rok temu, w wakacje, szły miesiąc przez Hiszpanię, by północnym szlakiem dojść do Santiago de Compostela. Pomysł, by pójść do Rzymu, pojawił się podczas sylwestrowych rekolekcji Wspólnoty „Góra Oliwna”, działającej przy DA „Na Miasteczku”. – Po jednej z konferencji zapytałam Paulinę, czy idziemy do Watykanu. Okazało się, że chwilę wcześniej też o tym myślała. I obie nie miałyśmy wątpliwości, że ruszamy z Łagiewnik. Bo choć niewiadomych było wiele, to jedno było pewne – chciałyśmy, by szli z nami Jezus Miłosierny i św. Jan Paweł II. I szli! A cudów, takich prawdziwych Bożych przypadków (bo przypadek to świeckie imię Pana Boga), każdego dnia doświadczałyśmy na pęczki. Duchowo szła też z nami, jak prawdziwa armia, nasza wspólnota. Ich modlitwa, ale też wsparcie naszych bliskich dodawały nam sił. A czasem bywało ciężko... – opowiada Angelika. Na początku pielgrzymki wspólnota dostała bojowe zadanie – prośbę o modlitwę „za lewe nogi Angeliki i Pauliny”. – Obie miałyśmy je bardzo spuchnięte, nie wiemy, dlaczego, ale było jasne, że jeśli nie będzie poprawy, to kontuzja może zmienić się w zapalenie ścięgien. Brałyśmy pod uwagę zakończenie pielgrzymki. Wierzyłyśmy jednak, że jeśli Bóg chce, abyśmy dalej szły, może nas uzdrowić. I uzdrowił! Opuchlizna ustąpiła, na chwałę Pana – nie kryje radości Paulina.

    Dwa krzyże

    Dziewczyny nie szły w jednej konkretnej intencji – przed wyjściem otrzymały ich całkiem sporo od rodziny i przyjaciół, a kolejne przyjmowały w drodze, od spotkanych osób. – Czwartego dnia wędrówki, gdy odpoczywałyśmy w parku, spotkałyśmy pana Jana, który okazał się naszą największą motywacją, by dalej iść. Gdy było ciężko i siedziałyśmy gdzieś ze łzami w oczach, myślałyśmy, że nie możemy go zawieść, że musimy zanieść do Rzymu jego krzyż – mówią. Podszedł do nich, wracając z pracy, z butelką piwa w ręce. Być może w Krakowie szybko by się pożegnały, ale wtedy nie przestraszyły się. Rozmawiali godzinę, a gdy pan Jan zobaczył, że do plecaka Pauliny jest przywiązany krzyż, zapytał, czy wezmą jeszcze jeden. Kiedyś, szukając na śmietniku pustych butelek, znalazł połamany krucyfiks. Zabrał go do domu i posklejał. Nie wiedział, dlaczego, bo wtedy starał się jeszcze unikać myślenia o Bogu. Równocześnie wiedział, że tylko On może go uwolnić, zabrać lęk i uspokoić wszystkie fizyczne objawy alkoholizmu. – Poprosił więc, byśmy zabrały ten krzyż do Rzymu, aby Bóg uwolnił go od picia. Wcześniej zapytał też, co może dla nas zrobić. Odpowiedziałyśmy, że wystarczy nam modlitwa, a on – tak, jak stał, z butelką piwa – spojrzał w niebo i powiedział: „Jezu, dopomóż im!”. To była najbardziej szczera, wzruszająca i święta modlitwa, jaką usłyszałyśmy w drodze – błogosławieństwo i posłanie! Pan Jan był pierwszym, który był pewien, że dojdziemy, a jeśli my damy radę, to i on da radę – nie pić. W tamtym momencie Bóg udowodnił nam, że w tej drodze jest ogromny sens i wystarczy, że będziemy szły, a cała reszta będzie działa się sama, ku Jego chwale. Tak było – przekonuje Paulina. Po powrocie Paulina i Angelika wysłały panu Janowi zdjęcie z Rzymu, a on zadzwonił, by powiedzieć, że bardzo się cieszy, że się im udało, a gdy patrzy na zdjęcie, to wspomina Bogu o dwóch dziewczynach spotkanych w parku. – Ostatnio wysłał nam też esemesa, że musiałyśmy się mocno modlić, bo od dwóch tygodni nie pije! – cieszą się dziewczyny. W drodze modliły się też w intencji swojego kolegi, który od wielu, wielu lat nie miał kontaktu z ojcem. Któregoś dnia dostały od niego SMS. – Napisał, że nie wie, co takiego robimy, ale za godzinę zobaczy się z tatą, który to spotkanie zaproponował, przepraszając, że był złym ojcem. Coś zaczęło się między nimi naprawiać – opowiada Angelika. Z kolei we Włoszech, w miasteczku Cesenatico, przed sklepem spotkały pewną panią. Patrzyła na nie nieco sceptycznie. Podeszła jednak i zapytała, kim są. Odpowiedź ją zaskoczyła. – Kazała nam uważać na siebie, „bo świat nie jest bezpieczny” i poszła na zakupy. A gdy wróciła, dała nam połowę zawartości koszyka! Picie, jedzenie, lody... Poprosiła też, żebyśmy się modliły za jej plecy, bo bardzo ją bolą. I za cały świat, bo ludzie są coraz gorsi i się krzywdzą. Chciałyśmy jej powiedzieć, że świat wcale nie jest zły, czego sama jest najlepszym przykładem, ale po włosku umiałyśmy tylko kilka zdań. Powiedziałyśmy więc tylko: „molte grazie”, a resztę – mamy nadzieję – wymodliłyśmy jej – wspominają.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół