GN 43/2020 Archiwum

Jo, cłek wolny... po chińsku

Trebunie-Tutki w Chinach i w USA. W swojej bogatej karierze przeżyli kolejne artystyczne doświadczenie. Zobaczyli Wielki Mur 
i Zakazane Miasto.


Chińscy organizatorzy wyłonili zespół Trebunie-Tutki jako jeden z dwóch z Europy i skontaktowali się z góralską grupą za pośrednictwem polskiej ambasady w Pekinie. Zespół wystąpił tam na dwóch festiwalach – ChaoYang Pop Music Festival i Strawberry Music Festival. Pierwszy odbywał się na stadionie, a drugi – w ogromnym parku za miastem.
– Wielkie sceny i telebimy nie onieśmielają nas, bo grywamy na takich w Polsce i w Europie, ale to była dla nas wyjątkowa przygoda i egzotyka – opowiada Krzysztof Trebunia-Tutka. Chińscy realizatorzy dźwięku i ekipy techniczne raczej nie mówią po angielsku, więc to też dla muzyków było ciekawe doświadczenie. – Zobaczyliśmy, że Chińczycy szybko gonią gospodarki Zachodu, a ostatnio chcą też podglądać nowe kierunki w muzyce światowej – zauważa lider zespołu.


Muszą jeszcze poćwiczyć



– Do dalekiej i trudnej podróży zachęcała nas też perspektywa ujrzenia Wielkiego Muru i Zakazanego Miasta – wspominają członkowie zespołu.
Choć nie mieli okazji wspólnie muzykować z Chińczykami, tamtejszą publiczność oceniają bardzo wysoko. – Są wspaniali, reagują spontanicznie i żywiołowo. Próbowali nawet śpiewać z nami niektóre bardziej „onomatopeiczne” refreny po polsku. „Jo, cłek wolny” muszą jeszcze poćwiczyć... – śmieje się Krzysztof Trebunia-Tutka. Dodaje, że Chińczycy, zwłaszcza młodzi, żywo reagowali na taniec i wszelkie interakcje. – Potrafią też słuchać w skupieniu. Może dlatego, że nie widzieliśmy na żadnej z imprez nikogo pod wpływem alkoholu – zastanawia się. – Miejscowa młodzież chłonie wszelkie nurty muzyczne, płynące do Chin z Europy i Ameryki. Młodzi ludzie ubierają się i zachowują bardziej swobodnie niż ich rodzice. Widać to nie tylko na ulicy, ale właśnie na koncertach – żywo reagują, tańczą, bawią się – ocenia Anna Trebunia-Wyrostek.
Pomiędzy próbami i koncertami zespołowi udało się zobaczyć Wielki Mur. – W miejscu, gdzie byliśmy – niedaleko Pekinu, trzeba wspinać się na najwyższy wierzchołek cztery kilometry po bardzo stromych schodach. Oczywiście, z tego wierzchołka można iść na następny, i kolejny... – wspomina Anna.


« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama