Nowy numer 42/2018 Archiwum

Byłem chory. Odwiedziłeś mnie?

10 lat Wolontariatu św. Eliasza. Do szpitala przychodzą po to, by dawać radość i nadzieję. – Niedawno powiedziałam pewnemu mężczyźnie, że zazdroszczę mu, bo już niedługo spotka się z Jezusem – opowiada wolontariuszka Monika.

On się z tych słów autentycznie ucieszył. Potrzebował tego, żeby ktoś, niekoniecznie ksiądz, dodał mu odwagi i pomógł spojrzeć na chorobę i cierpienie z innej perspektywy. Ja też musiałam dojrzeć do takich słów. Wzruszył się i podziękował za zrozumienie jego lęku – mówi Monika. Choć w szpitalu widzi dużo bólu i nieszczęścia, nigdy nie wychodzi stąd smutna. – Dla wielu osób może to zabrzmi dziwnie, ale każdy z wolontariuszy dostaje w szpitalu zastrzyk pozytywnej energii, takie dobre naładowanie. Choć wystarcza na długo, to wciąż chce się go więcej – śmieje się Monika i przytula pacjentów spotkanych na korytarzu krakowskiego Szpitala im. J. Dietla. Jej promienny uśmiech działa jak najlepsze lekarstwo.

Inny świat

Chory człowiek nie chce cały czas myśleć o chorobie, szpitalu, leczeniu. Nie chce czuć się gorszy, odizolowany od normalnego życia. – Potrzebuje zwykłej rozmowy, bliskości człowieka. Można mieć dom, samochód, pieniądze i leczyć kogoś za pomocą najnowocześniejszych leków i sprzętu. Ale to wszystko na nic, jeśli chory nie ma obok kogoś, kto chwyci za rękę, posiedzi, doda sił – przekonuje Adam, wolontariusz. Śmieje się, że gdyby przyłożyć do niego żarówkę, to zaświeciłaby, bo tyle jest w nim energii. Tą energią najchętniej podzieliłby się ze wszystkimi pacjentami. A wielu z nich, ze względu na wiek, nie ma już nikogo bliskiego albo rodzina odwiedza ich rzadko – „bo nie ma czasu”. Często zdarza się też, że dzieci oddają schorowanych rodziców do szpitala i… znikają.

– Dlatego ten wolontariat to naprawdę supersprawa. Gdy zjawiamy się na oddziale, chorzy przestają czuć się przez wszystkich zapomniani. A dla mnie to zaszczyt, że mogę z nimi porozmawiać. Oni są jakby z innego, ginącego już świata, z czasów, gdy ludzie się szanowali, mieli dla siebie czas, mówili o swoim życiu, a nie tylko zdawkowo rozmawiali przez telefon (albo wpatrywali się w ekran komputera). Patrzę na nich z podziwem. Bo jak można nie podziwiać pacjentki, lat 92, która, choć bardzo chora i słaba, zawsze ciepło się uśmiecha i mówi, że czuje się dobrze. I jeszcze innym pomaga, choć trudno jej się poruszać – nie może się nawet wyprostować. Albo emerytowanej pielęgniarki, która mimo własnych schorzeń i podeszłego wieku przychodzi, żeby podać pacjentom lekarstwa. I to jak podać! Każdemu powie dobre słowo, pogłaszcze, nakarmi. Taka tu jest rzeczywistość… – mówi Adam.

Rzeczywistość bywa też czasem trudna. – Opiekowałam się kiedyś starszą panią, po bardzo rozległym udarze. Nie wiedziała, gdzie jest, co się z nią dzieje, nie mogła jeść, tylko przełykała płyny, choć i te rozlewały się po jej twarzy. Musiałam więc nauczyć się karmić ją strzykawką. Mieliśmy też młodą dziewczynę (22 lata) po wypadku samochodowym, z poważnym urazem kręgosłupa. W szpitalu, do którego trafiła, tylko leżała, a przecież młody organizm natychmiast potrzebuje rehabilitacji. Gdy w końcu przywieziono ją do nas, zmienialiśmy się na dyżurach przy niej, a lekarze rozpoczęli intensywną rehabilitację. Mówiliśmy jej, że da radę, bo jest młoda, silna, półtora roku po ślubie, że mąż ją kocha i na nią czeka. W końcu zaczęła reagować na jego dotyk. Teraz jest już w domu, i choć jeszcze długa droga do zdrowia przed nią, powoli dochodzi do siebie – opowiada wolontariuszka Teresa. Do szpitala trafiła z potrzeby serca. – I tu znalazłam ukojenie dla wszystkich smutków swej duszy. Daję pomoc i jeszcze więcej jej otrzymuję – mówi. – Taka obustronna „wymiana” jest możliwa, bo już od pierwszych chwil szkolenia uczymy się, że wolontariusz nie może zbyt mocno angażować się emocjonalnie w „swoich” pacjentów. Wtedy szybko się wypali. A my mamy prawo nie myśleć o szpitalu, gdy jesteśmy w pracy, w domu. O. Stanisław Wysocki, głowa i serce tego wolontariatu, powtarza to przy każdej okazji. To dzięki niemu 10 lat temu wszystko się zaczęło i cały czas świetnie działa – podkreśla Adam.

« 1 2 3 4 »
oceń artykuł

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zapisane na później

Pobieranie listy