Nowy numer 43/2020 Archiwum

Idzie huta!

30-lecie Duszpasterstwa Hutników. Trudno byłoby sobie wyobrazić organizowanie nowej parafii, zbudowanie kościoła i klasztoru w tym miejscu bez wsparcia „Solidarności”, także tej w kombinacie...

Gdybym spisywał opowieść o Duszpasterstwie Hutników, działającym przy kościele MB Częstochowskiej na osiedlu Szklane Domy, na początku umieściłbym zdjęcie z budowy kościoła – mówi Zbigniew Ferczyk, kierujący duszpasterstwem od początku jego istnienia.

Klimat do działania

Zanim w 1984 roku rozpoczęła się budowa kościoła pod wezwaniem MB Częstochowskiej na nowohuckim os. Szklane Domy, życie parafii było bardzo skromne. Najpierw powstało zaplecze duszpasterskie: niewielka kaplica, salki katechetyczne, biblioteka, kancelaria i klasztor ojców cystersów z Mogiły, którym powierzono parafię. Proboszczem został o. Niward Karsznia, który po latach napisze: „Trudno byłoby sobie wyobrazić organizowanie nowej parafii, zbudowanie kościoła i klasztoru w tym miejscu bez wsparcia »Solidarności«, także tej w kombinacie”. – Nikt by dziś nie zrozumiał, dlaczego właśnie tutaj znaleźliśmy swoje miejsce. Na placu budowy wszędzie stała woda, chodziliśmy po cegłach i deskach. Nie było ani pomieszczeń, ani warunków do pracy, ale był klimat do działania. Ojciec Niward dał nam najpierw pakamerę, potem niewielkie pomieszczenie – wspomina Z. Ferczyk. W latach stanu wojennego podziemną działalnością w Hucie im. Lenina – największym ówcześnie zakładzie pracy w Małopolsce – kierowała Tajna Komisja Robotnicza Hutników, Społeczny Fundusz Pomocy Pracowniczej i właśnie Duszpasterstwo Hutników. Skalę działania oddają najlepiej zachowane do dziś materiały z archiwum, w których członkowie duszpasterstwa deklarowali swoją aktywność. Działali w kilku zespołach: gospodarczym (magazyn żywności, wyposażenie), imprezowym (pielgrzymki, uroczystości, rocznice), plastycznym (dekoracje, gabloty, kronika), oświatowym, imprez dziecięcych, pomocy charytatywnej. – To była wielopłaszczyznowa, wielowątkowa działalność. Nie zajmowaliśmy się tylko działalnością duszpasterską – byliśmy grupą usługową, w zależności od potrzeb i sytuacji w kraju podejmowaliśmy różne inicjatywy – podkreśla Z. Ferczyk.

Praca nie dla efektu

Zaczęli od pomocy dla internowanych i innych pokrzywdzonych. Organizowali kolonie, obozy wakacyjne i zimowiska. W sezonie uczestniczyło w nich nawet 200 dzieci. Jeździli do Zawoi, Kasinki, Rabki, Białego Dunajca, nad Wigry... Warunki były trudne – w Zawoi dzieci nocowały na strychu, gdzie wchodziły po drabinie, a obiad jadły w stodole. Na wozie drabiniastym rozłożono deski, a na nich położono białą ceratę. – Wszystko było na kartki. Mięsa nie można było zdobyć, kupowaliśmy więc u górala cielę. Dzięki darom mieliśmy mąkę, ryż i kaszę – wspomina Piotr Włodarczyk, jeden z organizatorów kolonii. – Wypominam im dziś: Mieliście małe dzieci, pracę, obowiązki, a jeszcze braliście urlopy, żeby pomagać innym – żartuje Z. Ferczyk. – Dzisiaj się może, a nie musi, a wtedy się musiało – podsumowuje P. Włodarczyk. Przedsięwzięcie było poważne, bez improwizacji. Dokumentacja musiała być kompletna, „żeby władze się nie przyczepiły”. Do dziś zachowały się listy uczestników kolonii – ręcznie przepisane tysiące nazwisk, karty zdrowia, zestawienia dla sanepidu. Duszpasterstwo organizowało również choinkę i mikołajki. To była też imponująca akcja, w szczytowym okresie prezenty mikołajowe otrzymywało 1800 dzieci. Impreza odbywała się dwa razy dziennie, kiedy robotnicy schodzili ze zmiany. Paczki w pierwszym roku działalności panie przygotowywały w pakamerze. – Był mróz, a one pakowały zgrabiałymi rękami. Miały wykaz dzieci według wieku i wybierały z darów odpowiednie szaliczki, czapeczki, słodycze – wspomina Anna Staniec, z duszpasterstwem związana od samego początku. Na organizowane imprezy przychodzili także rodzice. – Zależało nam na integracji środowiska, by wszyscy uczestnicy naszych działań czuli wzajemną więź, że są członkami wspólnoty. Ta rola była ważna, może nawet ważniejsza niż wszystkie inne – nakarmienie czy ofiarowanie paczki. Tak podtrzymywaliśmy na duchu – mówi Z. Ferczyk. Podkreśla, że prowadzenie działań na taką skalę i w dodatku systematycznie, przez wiele lat, było niebywałym wyczynem, niepowtórzonym nigdzie w Polsce. Wzajemne wsparcie i pomoc wymagały zaangażowania. – Odwiedzaliśmy chorych i potrzebujących pomocy, zgłoszonych przez wydziały kombinatu. Otrzymywali statutowo z TKRH pieniądze, a od nas paczkę z żywnością. Po zebraniu braliśmy z magazynu to, co było – ryż, mąkę, kaszę, olej, margarynę. Każdy miał do roznoszenia paczki. I tak było przez lata – wspomina Cezary Ruszczak, jeden z najaktywniejszych członków duszpasterstwa. – Regularnie po pracy chodziliśmy do domów, gdzie były do wykonania drobne naprawy. Robiliśmy to bez wynagrodzenia, w wolnym czasie, wtedy to było normalne – mówi P. Włodarczyk. To nie była praca dla efektu. Przy okazji kolportowali „Biuletyn Informacyjny Duszpasterstwa Hutników” i inne pisma drugiego obiegu, ponad 60 tytułów z całej Polski.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama