Nowy numer 39/2020 Archiwum

Po co w ogóle tyjater?

Teatr im. Słowackiego. Krakowska scena obchodzi 120-lecie działalności. Młody Józef Piłsudski kupował tu najtańsze bilety na spektakle, a czasem... wchodził „na gapę”.

Wieczorem 21 października 1893 r. rozbłysnęły rzęsistym światłem lampy w nowym gmachu krakowskiego Teatru Miejskiego. Prąd dostarczano z agregatu umieszczonego w zbudowanym obok budynku teatralnego Domu Machin. Potem zaś ze sceny rozległy się dźwięki „Poloneza” Chopina i odegrano fragmenty „Zemsty” Fredry, „Balladyny” Słowackiego i „Konfederatów Barskich” Mickiewicza. Cztery dni później wystawiono już pełny spektakl – „Śluby panieńskie” Fredry. Oglądał go z zapartym tchem młody hrabia Karol Hubert Rostworowski. Tak wówczas zapalił się do teatru, że z czasem na tej scenie wystawiono premierowe przedstawienia jego wybitnych dramatów – „Judasza z Kariothu” i „Niespodzianki”.

Zaczęło się jednak od... skandalu. Po decyzji o rozpoczęciu budowy teatru na pl. Świętego Ducha rozpoczęto wyburzanie stojących tam zabudowań klasztoru duchaków. Zburzono nawet dwie świątynie. Na próżno protestował Jan Matejko, zrzekając się w końcu tytułu Honorowego Obywatela Krakowa.

Mamy wielką scenę

„Oby w tym gmachu wspaniałym wróciły dobre czasy starego domostwa” – powiedział na inauguracji teatru jego pierwszy szef Tadeusz Pawlikowski. Zaprojektowany przez Jana Zawieyskiego budynek był rzeczywiście wspaniały, ale... wewnątrz. Z zewnątrz wydawał się krakowianom szkaradny. Jedni nazywali go „żabą”, inni „wielbłądem”. Wnętrze było jednak piękne, zaś duża, nowoczesna scena dawała możliwości rozwinięcia inwencji inscenizacyjnej. Nic dziwnego, że Reżyser w „Wyzwoleniu” Wyspiańskiego, które „dzieje się na scenie teatru krakowskiego”, chwali się: „A my mamy wielką scenę: dwadzieścia kroków wszerz i wzdłuż. /Przecież to miejsce dość obszerne, /by w nim myśl polską zamknąć już”. Nie tylko gmach był wspaniały. Także w sensie artystycznym „wróciły czasy starego domostwa”, czyli „starego” teatru przy pl. Szczepańskim. W trakcie swojej 120-letniej historii teatr przy pl. Świętego Ducha miał szczęście do repertuaru, dyrektorów, aktorów, inscenizatorów. Tu miały miejsce prapremiery wielkich polskich dramatów romantycznych. Po raz pierwszy wystawiano tu Wyspiańskiego, Nowaczyńskiego, Rostworowskiego, Morstina, wreszcie w 1981 r. „Brata naszego Boga” Karola Wojtyły. Tu teatrem kierowali: Tadeusz Pawlikowski, Józef Kotarbiński, Ludwik Solski, Teofil Trzciński, Zygmunt Nowakowski, Juliusz Osterwa, Karol Frycz, Bronisław Dąbrowski.

– Historia każdego teatru to przede wszystkim historia aktorów. Ludwik Solski był z tą sceną związany przez wiele lat jako aktor, reżyser i dyrektor. To on wprowadzał na tę scenę wielką Marię Malicką, która już po wojnie odnosiła sukcesy w „Słowaku” jako Arkadina w „Czajce” czy Muza w „Wyzwoleniu”. O swojej przygodzie z teatrem przy pl. Świętego Ducha opowiadała mi Karolina Lubieńska, która z kolei brała udział podczas dyrekcji T. Trzcińskiego (1918–1926) w jego inscenizacji „Odprawy posłów greckich” Kochanowskiego w roku 1923. Zapamiętała w tym spektaklu Stanisławę Wysocką, wielką tragiczkę – mówi Dariusz Domański, znany kronikarz teatru krakowskiego. – Jednak najbardziej wierną i niezwykłą aktorką jubileuszowej sceny była Zofia Jaroszewska – Fedra, Balladyna, Adrianna Lecouvreur, Baba-Dziwo, Lubow Jarowaja. U boku Juliusza Osterwy zachwycała jako Księżniczka w „Sułkowskim” Żeromskiego. Pięknie nosiła kostium jako Elżbieta, królowa Anglii, w sztuce Brucknera. Z Solskim grała w „Warszawiance” (ona – Marię, on – Starego Wiarusa). Jaroszewska była ozdobą każdego przedstawienia, prawdziwą perłą w spektaklach m.in. Bronisława Dąbrowskiego, Władysława Krzemińskiego. Wśród aktorów warto wymienić jeszcze choćby: Helenę Modrzejewską, Konstancję Bednarzewską, Adę Kosmowską, Wandę Siemaszkową, Władysława Woźnika, Stanisława Zaczyka, Teresę Budzisz-Krzyżanowską, Tadeusza Huka, Jerzego Grałka, Jana Frycza, Mikołaja i Andrzeja Grabowskich, Krzysztofa Jędryska, Tomasza Międzika. Nie brakowało także wybitnych scenografów – Franciszka Siedleckiego, Andrzeja Pronaszki czy Andrzeja Stopki. Niektórzy łączyli funkcje. Dyrektorzy Solski, Osterwa i Nowakowski byli również wybitnymi aktorami, dramaturg Wyspiański łączył autorstwo dramatów z działalnością scenograficzną i reżyserską, dyrektor Karol Frycz był zaś także wybitnym scenografem.

W cieniu Słowackiego

Wielu turystów pyta przewodników, dlaczego przed teatrem noszącym imię Słowackiego, stoi popiersie Fredry. Ha! To jeden z krakowskich paradoksów. Początkowo zanosiło się, że patronem sceny krakowskiej będzie właśnie hr. Aleksander Fredro. Wystawiano tu często jego sztuki, w 1901 r. postawiono zaś przed wejściem do teatru wspomniane popiersie dłuta Cypriana Godebskiego. – Scena przy pl. Świętego Ducha stała się pod koniec XIX i na początku XX w. terenem wielkiego przełomu teatralnego. Odbyły się tu pierwsze inscenizacje wielkich dramatów romantycznych. Zaczęło się w 1899 r. od „Kordiana” Słowackiego, potem były w 1901 r. „Dziady” Mickiewicza w inscenizacji Wyspiańskiego i „Nie-Boska Komedia” Krasińskiego w 1902 r. Ważne miejsce zajęły także inscenizacje utworów Słowackiego – mówi Diana Poskuta-Włodek, historyk Teatru im. Słowackiego, kierująca archiwum artystycznym sceny przy pl. Świętego Ducha. – W 1909 r. przypadała 100. rocznica urodzin Słowackiego. Przedstawiono wówczas cykl wielkich dramatów wieszcza z nowatorskimi scenografiami Franciszka Siedleckiego. Ówczesny dyrektor teatru Ludwik Solski zgłosił w Radzie Miasta propozycję nadania scenie imienia Juliusza Słowackiego. Uchwalono ją 16 października. Był to pierwszy przypadek na ziemiach polskich nadania imienia teatrowi – wyjaśnia D. Poskuta-Włodek.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama