Nowy numer 48/2020 Archiwum

Ciche porozumienie

Dzień Życia Konsekrowanego. Gdy kilka lat po śmierci męża pani Teresa oddała swój zaręczynowy pierścionek siostrom bernardynkom, by upiększył on ołtarz Dzieciątka Jezus, nie wiedziała, że właśnie się zaręczyła...

Gotowość do przyjęcia konsekracji jest zarówno powołaniem, jak i zadaniem od Boga oraz pięknym sposobem na wypełnienie życia i samotności po śmierci współmałżonka. Przede wszystkim jest jednak darem od Boga, bo to On pociąga konkretne osoby do podjęcia takiej decyzji – mówi ks. Kazimierz Skwierawski, który w archidiecezji krakowskiej odpowiada za przygotowanie wdów do konsekracji, a także za ich formację duchową. Jak podkreśla, życie konsekrowane nie jest drogą dla wszystkich wdów. – Zbawienie można też osiągnąć, pozostając w samotności czy zawierając ponowny sakramentalny związek małżeński. Jeśli jednak ktoś czuje w sercu pragnienie bliskości i zjednoczenia się z Bogiem, warto wsłuchać się w Jego głos – mówi ks. Kazimierz.

Serce otwarte na łaskę

Konsekracja dziewic i wdów była znana już w starożytności, lecz później, gdy zaczęły powstawać żeńskie zgromadzenia zakonne, zanikła. Przypomniał o niej dopiero Jan Paweł II w wydanej w 1996 r. adhortacji apostolskiej „Vita consecrata”. Pierwsza konsekracja wdowy w archidiecezji krakowskiej odbyła się w 2003 r. w kościele św. Marka i była aktem prywatnym. Obrzędowi przewodniczył wtedy kard. Franciszek Macharski. Kolejna odbyła się tam dwa lata później, w grudniu 2005 r., i była już aktem publicznym. Wtedy też duchowym opiekunem wdów konsekrowanych został ks. Skwierawski. Obecnie w naszej diecezji jest 13 wdów konsekrowanych. Mają od ok. 55 do ok. 70 lat. – Gdy zgłasza się do mnie kobieta, która chce przyjąć konsekrację, najpierw rozmawiamy. Muszę poznać historię jej życia i motywację do oddania życia Bogu. Często jest ona pokutna, podjęta w intencji jakiejś osoby lub całego Kościoła, a życie konsekrowane ma być doskonałym zjednoczeniem się z cierpiącym Jezusem. To cierpienie nie jest jednak klęską, lecz zwycięstwem dobra – opowiada ks. Skwierawski i dodaje, że jeszcze nie zdarzyło się, aby komuś odradził podjęcie tej drogi. W przypadku wdów najczęściej jest to bowiem dobrze przemyślana i przemodlona decyzja, wynikająca z chrześcijańskiej dojrzałości, codziennego uczestnictwa w Mszy św. oraz z zaangażowania w różne grupy duszpasterskie i wspólnoty Kościoła. Gdy przyszła wdowa konsekrowana dostaje „zielone światło”, rozpoczyna się dla niej czas przygotowania, który trwa 2 lub 3 lata. – W człowieku mogą się wtedy dokonać głębokie przemiany, a serce może jeszcze bardziej otworzyć się na działanie łaski Bożej. Podczas comiesięcznych spotkań analizujemy adhortację „Vita consecrata”, po spotkaniu jest też Msza św., a raz w roku rekolekcje w Częstochowie – wyjaśnia ks. Skwierawski, który nie ma wątpliwości, że jeśli ktoś chwyta się płaszcza Jezusa, to Jego reakcja jest bardzo konkretna: chce zobaczyć człowieka i poprowadzić go. Nietrudno wtedy dostrzec, że Bóg wchodzi w życie i przemienia je. Wiedzą coś o tym Maria i Teresa, które wdowami konsekrowanymi zostały 16 października 2012 roku.

Maria

Rozmodlenie i bycie blisko Kościoła wyniosła z domu rodzinnego, lecz Bóg nie zawsze był u niej na pierwszym miejscu – wyjście za mąż, narodziny dzieci, praca zawodowa i ciągły brak czasu zepchnęły Go na drugi plan. Na nowo zwróciła się do Boga, gdy pojawiły się problemy rodzinne i małżeńskie. Prosząc Go o pomoc, w głębi serca postanowiła oddać Mu swoje życie – w konkretnej, bardzo ważnej dla niej intencji. – To było ciche porozumienie między mną a Bogiem, ale wiem, że usłyszał i przyjął to moje ofiarowanie. I choć bałam się, że życie straciłam, szybko odkryłam, że tak naprawdę dopiero je dostałam. To wtedy zaczęło się moje duchowe odrodzenie. Zobaczyłam głębię i sens życia – opowiada. Najpierw zapisała się na rekolekcje w Czernej, a potem na stałe związała się ze wspólnotą karmelitańską. Wzięła też udział w seminarium Odnowy w Duchu Świętym i rozpoczęła formację u salwatorianów. – Jakby tego było mało, Bóg podsuwał mi coraz to nowe wyzwania – śmieje się pani Maria. Gdy od swojego proboszcza dowiedziała się, że ks. Stanisław Szczepaniec otworzył przy sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Łagiewnikach Szkołę Lektora dla osób dorosłych, nie zastanawiała się długo. Skończyła 3-letni kurs i w swojej parafii czyta teraz lekcje podczas Mszy św. oraz modlitwę wiernych. Niedawno zgłosiła się też do prowadzonej przez dominikanów Szkoły Kantora. We Wspólnocie Odnowy Życia Chrześcijańskiego „Sykomora”, prowadzonego przez ojców augustianów przy kościele św. Mikołaja z Tolentino w Prokocimiu, uczestniczy w Mszach św. o uzdrowienie i służy modlitwą wstawienniczą. Od roku jest również zaangażowana w działający przy łagiewnickim sanktuarium Apostolat Ratunku Konającym. – Gdy po 40 latach małżeństwa zmarł mój mąż, odprawiane były za niego Msze św. gregoriańskie. To było moje podziękowanie Bogu za nasze wspólne życie. Cały czas prosiłam Go też, by pociągnął mnie do zrobienia czegoś więcej, czegoś dobrego. W końcu, w wigilię zesłania Ducha Świętego, koleżanka pokazała mi informację o konsekracji wdów. To była odpowiedź na moje oddanie życia Bogu! – nie ma wątpliwości pani Maria. Podczas dwuletniego przygotowania do konsekracji nie dowierzała jednak, że to wszystko jest możliwe. Dopiero podczas rekolekcji prowadzący je kapłan uświadomił Marii, że to nie jest jej wybór, ale że to Bóg zaprasza ją do życia w bliskości z Nim. – W tym momencie jakby zmieniła się moja tożsamość. Wyraźnie widzę, że Bóg cały czas mnie prowadzi i jest obok. Nawet wtedy, gdy jest ciężko, a człowiekowi wydaje się, że nawet On o nim zapomniał. Właśnie w takich chwilach jest najbliżej i czeka... Konsekracja stała się kontynuacją mojej duchowej drogi – przekonuje pani Maria.

Teresa

Gdy zmarł jej mąż, miała zaledwie 44 lata. – To stało się nagle: Tadeusz przyszedł z pracy i przewrócił się na oczach moich i 17-letniego syna. Rozległy zawał. Lekarze próbowali go ratować, ale nie udało się. Zmarł 14 września, w święto Podwyższenia Krzyża Świętego, o godz. 15... Jego śmierć była dla mnie potężnym wstrząsem, zwłaszcza że nigdy nie należałam do kobiet silnych i zaradnych. Płacz to moja specjalność – uśmiecha się pani Teresa. Kiedy została sama, zaczęły się poważne problemy ze zdrowiem – serca nigdy nie miała zbyt mocnego, ujawniła się też padaczka. W efekcie straciła pracę. W tym czasie na nieuleczalną chorobę zapadła także jej mama. Wszystko układało się nie tak, jak powinno... – Dopiero po latach zobaczyłam, jak Bóg mną wtedy pokierował. Nie zostawił mnie samej. Przyłączenie się do chóru parafialnego było pierwszą dobrą decyzją. Tam poznałam przyjaciółkę Marysię, która szybko stała się moją duchową przewodniczką. Najpierw opowiedziała mi o rekolekcjach karmelitańskich w Czernej, z których właśnie wróciła. Nawet nie musiała mi ich specjalnie zachwalać – wiedziałam, że też chcę jechać. Myślałam, że pojedzie ze mną ktoś z przyjaciół, ale wszyscy odmawiali – Bóg chciał, abym ten czas przeżyła w samotności i wyciszeniu. Żebym Go tam spotkała. Pojechałam, i to tuż po operacji wszczepienia rozrusznika serca – opowiada. Na jednych rekolekcjach się nie skończyło. Pani Teresa rozpoczęła też 4-letnie rekolekcje formacyjne (do Czernej wracała potem jeszcze dwukrotnie) i dwa razy uczestniczyła w seminarium Odnowy w Duchu Świętym. – Zaczynałam rozumieć, że rozpacz nie ma sensu, a na depresję szkoda czasu. Czułam też, że o męża mogę być spokojna, bo jest już bezpieczny w ramionach Ojca. Uczyłam się łączyć wszystkie swoje problemy z krzyżem Chrystusa, a codzienne uczestnictwo w Mszy św. i bliskość Boga dodawały mi sił. Gdy było mi ciężko, zdejmowałam ze ściany obraz z wizerunkiem Serca Jezusowego, przytulałam do swojego serca i pomagało – mówi pani Teresa. Często chodziła na chwilę modlitwy do kościoła św. Józefa przy ul. Poselskiej, którym opiekują się siostry bernardynki. Pewnego dnia okazało się, że znajdujący się tam ołtarz Dzieciątka Jezus właśnie jest remontowany, a siostry chętnie przyjmują złoto, które miało go upiększyć. – Oddałam swój pierścionek zaręczynowy. Nawet nie pomyślałam, że w tym momencie zaręczyłam się z Bogiem! Zrozumiałam to dopiero wtedy, gdy Marysia pokazała mi informację o przygotowaniu wdów do konsekracji. Od razu wiedziałam, że to odpowiedź Boga, który prowadzi mnie krok po kroku – przekonuje. Jak tylko może (ze względu na stan zdrowia) i potrafi, służy bliźnim, rodzinie, parafii, diecezji i całemu Kościołowi – obok ślubu czystości i posłuszeństwa biskupowi, gotowość do służby (przede wszystkim modlitewnej) to trzecie przyrzeczenie, jakie składają wdowy podczas konsekracji. – Należę do róż różańcowych, a od roku także do Apostolatu Ratunku Konającym. Każdy dzień zaczynam od jutrzni, potem odmawiam Różaniec, idę na Mszę św. W ciągu dnia modlę się też Psalmami, odmawiam Koronkę, nieszpory, kompletę, nowennę pompejańską. Zawsze dużo się modliłam, konsekracja niczego pod tym względem nie zmieniła. Ktoś mi nawet kiedyś powiedział, że może za dużo się modlę, bo ciągle mam „pod górkę”. A przecież Jezus powiedział, że jeśli ktoś chce Go naśladować, niech weźmie swój krzyż i idzie za Nim. Więc idę i wiem, że On mnie kocha – podkreśla pani Teresa. Jak słusznie zauważa, we wszystkich parafiach naszej diecezji wdów i wdowców (konsekrację mogą przyjąć także mężczyźni) jest bardzo dużo. Wiele z tych osób nie zawiera ponownego małżeństwa, są też blisko Kościoła, angażując się w działanie wspólnot i grup duszpasterskich. Część z nich nawet nie wie, że istnieje możliwość wejścia o stopień wyżej, na drogę życia konsekrowanego. Warto się tym zainteresować.

Gdzie i kiedy?

Każdy, kto czuje w sercu powołanie do oddania swojego wdowieństwa Bogu, powinien skontaktować się z ks. Kaziemierzem Skwierawskim (Dom Księży, ul. św. Marka 10, tel. 12/422 21 78). Wszystkie wdowy konsekrowane są zaproszone od udziału w Mszy św., która 2 lutego, w Dzień Życia Konsekrowanego, zostanie odprawiona w kościele Świętych Apostołów Piotra i Pawła.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama