Nowy numer 48/2020 Archiwum

Są, gdy On tam stoi i czeka

Miłosierne Samarytanki. – To, co robię, jest służbą Bogu. Chcę być narzędziem w Jego ręku – przekonuje Marta Sawicka, która od 34 lat prowadzi w swoim mieszkaniu kuchnię dla ubogich.

Choć cieszy się, że ktoś tę działalność docenił, nie nagrody są dla niej najważniejsze. – Mnie chodzi tylko o Jezusa. Widzę Go w każdym przychodzącym do mojego domu człowieku. Czasem, gdy jest już późno i nie mam siły podejść do drzwi, myślę, że to przecież On tam stoi i czeka. Głodny, zziębnięty, spragniony, chory. Jak mogłabym Mu nie otworzyć?! – mówi Miłosierna Samarytanka Roku 2013, która ten zaszczytny tytuł w 10. edycji plebiscytu, organizowanego przez Wolontariat św. Eliasza, otrzymała w kategorii osób „niezwiązanych ze służbą zdrowia ani żadną organizacją charytatywną, lecz mimo to z potrzeby serca służących potrzebującym”.

To Boże dzieło

Kuchnia, czyli „ciepłe miejsce na mapie zimnego życia miasta” powstało... przez przypadek. Albo raczej, bo Bóg tak chciał. – Moja nieżyjąca już siostra Teresa (zmarła w 2010 r.) wiele lat temu, w mroźny zimowy dzień, spotkała na ulicy znajomą. Ta ponad 80-letnia kobieta miała złamaną rękę i w menażce niosła obiad z pobliskiej stołówki. Siostra najpierw zaproponowała, że pomoże jej zanieść posiłek do domu. Później, że codziennie będzie nosić jej obiady. W końcu postanowiła, że będzie jej gotować – opowiada pani Marta. Niebawem liczba osób potrzebujących posiłku zaczęła się powiększać, a dla sióstr Sawickich było oczywiste, że nikogo głodnym nie zostawią. Gotowały więc dla ok. 40 osób (a pewnej srogiej zimy nawet dla 170!), a żeby poradzić sobie finansowo, sprzedawały pamiątki po rodzicach, biżuterię, obrazy. Opiekowały się też 5 starszymi kobietami, które znały od dziecka, i którym obiecały, że nie oddadzą ich do domu opieki. Wzięły je do swojego domu. Jedna z nich, 90-letnia staruszka, każdego dnia prosiła o Komunię św. i spowiedź. – Początkowo jeździłyśmy z nią na Mszę o godz. 18 do dominikanów. Gdy zachorowała, przeor zgodził się, że w niedzielę bracia będą przyjeżdżać do nas. Przyjeżdżali więc, przyglądali się temu, co robimy, a że z finansami było coraz bardziej krucho, zaproponowali, że przed klasztorem zorganizują kwestę – opowiada M. Sawicka. Na jednej kweście się nie skończyło. – Ona trwa do dziś, co kwartał. Bez wsparcia wielu dobrych ludzi nie byłabym w stanie prowadzić kuchni. W kościele dominikanów jest też wystawiona puszka. Datki z niej dostaję co niedzielę. To pozwala na bieżącą działalność, ale żeby poradzić sobie ze wszystkimi opłatami, pożyczam. Długi spłacam po kwestach i wychodzę na zero – tłumaczy samarytanka i szybko dodaje, że kuchnia to tak naprawdę Boże dzieło. Że to wszystko jest Jego wolą i że bez Jego błogosławieństwa nic by się nie udało. – Kuchnia od początku była dla Teresy pretekstem do czegoś ważniejszego. Zauważyła, że przychodzą do nas osoby, które są daleko od Boga, mają poplątane życie. Postanowiła modlić się za nie, a ta modlitwa przybliżała ich do Boga. Było dużo nawróceń, uzdrowień. Ja to kontynuuję i wiem, że Bóg może uczynić wiele, jeśli tylko ludzie ufnie Go proszą – zapewnia. Dziennie w kuchni pani Marty wydawanych jest obecnie 60 porcji zupy i chleba oraz 20 porcji drugiego dania dla ciężko chorych osób. Dodatkowo niektórzy dostają tylko produkty, o które proszą, i z których sami gotują sobie posiłek. – Oni wszyscy to moi goście, częstuję ich tym, co gotuję dla siebie... – uśmiecha się skromnie i zapewnia, że kuchnia będzie działać, póki starczy jej sił, czyli póki Bóg będzie chciał. Bo ze zdrowiem u pani Marty najlepiej nie jest, więc (oprócz pań, które pomagają gotować) przydałby się ktoś, kto kiedyś przejmie kierowanie kuchnią.

Siostra jak promień słońca

Jezusa w najsłabszych widzą też dwie inne kobiety – kruche ciałem, lecz wielkie sercem i duchem – wyróżnione w samarytańskim plebiscycie, które swoim życiem budują Janowi Pawłowi II najpiękniejszy, bo żywy pomnik. Pierwsza – s. Bożena Leszczyńska OCV – całe swoje życie oddaje chorym dzieciom. Druga – Marianna Machlowska – służy osobom starszym i chorym. Pani Basia siostrę Bożenę poznała 19 lat temu, gdy jej córka Kinga trafiła do szpitala w Prokocimiu, na oddział hematologii i onkologii. Po rocznej walce z chorobą dziewczynka odeszła. – Bożenka była dla nas ogromnym wsparciem. Najpierw towarzyszyła nam w chorobie Kingi. Potem, gdy wydawało się, że życie straciło sens, pomogła przetrwać i wzmocniła naszą wiarę. Dostaliśmy od niej piękną kartkę. Pisała, że prosi o wsparcie dla nas Matkę Bożą, bo Ona najlepiej rozumie ten ból. Prosiła, żebym smutek oddała Bogu, bo dzieci są Jego szczególnymi ulubieńcami, a Kinga na pewno jest już przy Nim, jest szczęśliwa i kiedyś znowu ją spotkam – opowiada i dodaje, że przyjaźń rodziny z siostrą trwa do dziś. Posługa s. Bożeny w szpitalu dziecięcym rozpoczęła się w Warszawie, gdy wstąpiła do Zgromadzenia Małych Sióstr Jezusa. – To właśnie tam, w oczach ciężko chorych, bezbronnych dzieci, doświadczających cierpienia i samotności, ujrzałam Jego oczekiwanie na moją miłość, ujrzałam Oblicze Dzieciątka Jezus i jednocześnie Oblicze Jezusa ukrzyżowanego. Jego słowa: „Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili”, stały się moją codzienną dewizą – mówi. Później była wolontariuszką w Uniwersyteckim Szpitalu Dziecięcym w Krakowie, przeszła też poważną operację serca. – Ofiarowane mi przez Boga nowe życie, wymodlone także przez chore dzieci, zaowocowało otrzymaniem pracy w szpitalu w Prokocimiu i decyzją o podjęciu indywidualnej formy życia konsekrowanego, by móc całkowicie poświęcić się służbie cierpiącym – wyznaje s. Bożena. Od tej pory jest przy chorych dzieciach non stop – czyta im bajki, ociera łzy, dodaje sił, a czasem tylko trzyma rękę pod głową, bo więcej nic już nie da się zrobić. Ludzie, którzy ją poznali, mówią: „To dobry duch szpitala, jasny promień słońca i nadziei, anioł chodzący po ziemi, którego dobroć leczy każdą ranę...”. – Dla rodziców, którzy stracili dziecko, często jestem jego dobrym wspomnieniem. Dzięki Kindze, Krzysiowi, Justynce, Adamowi, Natalce i wielu innym Aniołom, które niewidzialnymi skrzydłami potrafią człowieka z człowiekiem połączyć, staję się cząstką ich rodzin. Ciężko chory na serce Krzyś nie myślał o sobie, lecz martwił się, że jego mama w wypadku straciła jedyną siostrę. Prosił mnie, byśmy się zaprzyjaźniły, bo wtedy mamie będzie lżej... – wspomina s. Bożena.

W chorych dzieciach dostrzega też specjalnych wysłanników Boga na ziemię. – One widzą więcej, są bardzo dojrzałe i mają wielką wiarę. Przekazują dorosłym prawdy, których nie wyczyta się w książkach. Wskazują na Boga i niebo. Nie rozumiem ich cierpienia, ale wierzę, że ono zbawia świat. Tak jak cierpienie Chrystusa na krzyżu. One naprawdę Jezusowi pomagają go dźwigać. Kilkunastoletni Jakub powiedział mi, że z lękiem patrzy na to, co dzieje się na świecie – wojny, zbrojenia, i dlatego swoje cierpienie Bogu ofiaruje, bo może w ten sposób ocali czyjeś życie – opowiada. Siostra często przyjaźni się też z dziećmi, które odzyskały zdrowie, i tymi, które wciąż walczą, choć nie są już w szpitalu. – Przez chorobę nie mogłam przyjąć bierzmowania w swojej parafii, a bardzo mi na tym zależało. Gdy s. Bożena zjawiła się na moim oddziale, od razu powiedziałam jej o tym i jeszcze tego samego dnia kapelan szpitala udzielił mi tego sakramentu. Głęboko wierzę, że to właśnie dlatego przeszłam przez najgorsze i dalej się trzymam. Z siostrą Bożenką cały czas mam kontakt, jest dla mnie dobrem chodzącym i aniołkiem kochanym – mówi Justyna, która siostrę poznała 3 lata temu. – Siostra Bożena jest jednym z silnie świecących promieni Bożego miłosierdzia względem cierpiących – podsumowuje ks. Lucjan Szczepaniak SCJ, któremu samarytanka pomaga w pracy kapelana jako asystent pastoralny, a od niedawna także jako nadzwyczajny szafarz Komunii św.

Przyszło moje słoneczko!

Marianna Machlowska mieszka na terenie krakowskiej parafii Pana Jezusa Dobrego Pasterza i jest „skarbem lokalnej społeczności, gigantem ducha”. Ma 80 lat, w oczach pokój i uśmiech, a w sercu ogromną wiarę. Ma też za sobą 12 operacji (m.in. na oczy, nerki, nogi) i wylew. Niedługo czeka ją chemioterapia. – Niedawno poruszałam się na wózku inwalidzkim. Lekarze powiedzieli, że tak już będzie do końca, bo nic się nie da zrobić. Nie uwierzyłam. Modliłam się gorąco i wierzyłam, że będę chodzić. Udało się! – cieszy się. Najpierw o dwóch kulach, teraz już tylko o jednej lasce, każdego dnia przemierza kilometry, by wspierać tych, którzy mają jeszcze gorzej niż ona – ludzi chorych, samotnych. Znajduje ich w parafii i nie tylko – czasem poznaje takie osoby w przychodni, w podróży. Gdy ich odwiedza (obecnie 9 osób), już od progu słyszy: „Przyszło moje słoneczko!”. – Wszyscy mamy swój Mount Everest. Wspinamy się całe życie i trudzimy. Ja ostatnio niewiele mogę, ale tę część życia, którą mi Bóg darował i przedłużył, na Jego chwałę oddałam i robię wszystko, by Mu się podobać. Choć nic wielkiego nie robię – mówi skromnie pani Marianna. Tym „nic wielkiego” wnosi w życie swoich podopiecznych uśmiech, nadzieję i – rzecz jasna – Boga. Najważniejsza jest modlitwa. – Odmawiamy razem Różaniec, koronkę, prosimy Ducha Świętego o wytrwałość w chorobie i ofiarujemy Bogu cierpienie. W niedzielę rozmawiamy o Ewangelii, w Popielec roznosiłam popiół, w Wielkim Poście odprawiałam też po domach Gorzkie Żale i Drogę Krzyżową. Niektórym osobom „załatwiam” odwiedziny księdza, by mogły się wyspowiadać i przyjąć Komunię św. – opowiada. Robi też wiele innych, z pozoru drobnych, ale tak naprawdę ważnych rzeczy. Zanosi okulary do naprawy komuś, kto chodzić nie może, pomaga zorganizować wózek inwalidzki, załatwia naprawę sprzętu domowego, organizuje instalację telefonu, przynosi zupę w słoiku albo owoce „do przegryzienia”, kupuje drobne rzeczy (ze swojej renty), opatruje rany (które pielęgniarka nie zawsze chce opatrywać), pomaga zażywać leki, masuje obolałe mięśnie, podcina włosy, paznokcie, termoforem grzeje nogi... Po prostu jest. W wolnych chwilach pisze piękne wiersze. – Niektórzy mówią, że ja nawet z kamienia wodę wycisnę, bo ciągle coś wymyślam. A ja tylko patrzę przenikliwie, czego komu potrzeba, bo Pan Jezus powiedział, że „błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią” – mówi samarytanka i prosi o modlitwę, by dalej mogła pomagać.

Więcej o trzech Miłosiernych Samarytankach można przeczytać na: krakow.gosc.pl.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama