Nowy numer 48/2020 Archiwum

Góralka w tropikach

Sercanka na misjach. Miała iść na medycynę, ale od zawsze marzyła o pracy misyjnej. Od wielu lat spełnia się jako pielęgniarka w Zairze, Boliwii, a obecnie pomaga prowadzić przychodnię na Jamajce.

Kiedy s. Rita Kurdziel przybyła do swojego – jak mówi – ukochanego Nowego Targu, nie spodziewała się, że trafi do niej tak zaszczytne wyróżnienie. Burmistrz miasta Marek Fryźlewicz postanowił przyznać jej tytuł ambasadora stolicy Podhala, który odebrała w czasie uroczystości na rynku, gdzie nowotarżanie świętowali 35. rocznicę pamiętnego spotkania z Janem Pawłem II na miejskim lotnisku w 1979 r. – Naprawdę nie spodziewałam się takiego wyróżnienia. To było dla mnie niesamowite. Jestem bardzo związana z miastem. Uważam, że bardzo się zmieniło na lepsze – mówi s. Rita. Na nasz stolik trafiają truskawki z lodami. – Wszędzie, gdzie tylko mogę, zajadam się truskawkami. Na Jamajce ich nie ma, nikt o nich nie słyszał. Królują tam banany. Nawet siostry z mojego zgromadzenia, kiedy je odwiedziłam w Krakowie, przygotowały mi pierogi z truskawkami – śmieje się sercanka, a uśmiech stale gości na jej twarzy.

Przesyłka z Watykanu

Od kilku lat s. Rita pracuje na Jamajce. Odpowiada za administrację i utrzymanie tamtejszej przychodni. – Wszyscy znają Jamajkę z niezwykle pięknych ośrodków turystycznych, plaż, błękitu oceanu. Ale kiedy wjeżdża się w głąb kraju, jego oblicze zupełnie się zmienia. Nie ma prądu, wody. Daleko nam do XXI wieku – rozkłada ręce siostra Rita. Zakonnice zabierają się właśnie za budowę domu dla lekarzy. Mają już wszystkie potrzebne pozwolenia. Koszt takiej inwestycji to około 100 tys. dolarów. Siostra szuka pomocy, gdzie może. – Najbardziej nękam swoich, czyli górali – przyznaje z humorem. Chodzi przede wszystkim o krajanów żyjących w Stanach Zjednoczonych. Lot do USA z Jamajki trwa 2–3 godziny. S. Rita bywa u nich kilka razy w roku. – Nigdy mi nie odmawiają. Niektórzy przyznają, że byli kilka razy na wczasach na Jamajce, ale nie sądzili, że taka tu bieda. Na dowód pokazuję im slajdy, filmiki – opowiada misjonarka. Wśród górali jest jeden szczególny dobroczyńca – kard. Stanisław Dziwisz. Podczas ostatniej spontanicznej wizyty w kurii, bez wstępnego umawiania się, siostra po rozmowie z metropolitą otrzymała od niego kilka ornatów, które zawiezie na Jamajkę. – Kardynał po prostu zapytał się, co mi jest potrzebne – kwituje. Kiedy pracowała w Boliwii, a abp Stanisław Dziwisz pełnił jeszcze swoją posługę u boku Jana Pawła II, s. Rita postanowiła napisać list do Watykanu. – Już nie wiedziałam, skąd wziąć pieniądze na nasze potrzeby w boliwijskiej misji. Nie musiałam długo czekać – zadzwonił do mnie bardzo przestraszony nuncjusz apostolski w Boliwii i przekazał informację, abym zgłosiła się po specjalną przesyłkę dla mnie, która przyszła z Watykanu. Uspokoiłam go później, że napisałam list do księdza arcybiskupa, bo się dobrze znamy z naszych rodzinnych stron – wspomina s. Rita. Góralka ma niezwykły dar nie tylko do zdobywania pieniędzy na prowadzenie ośrodków, w których pracuje. W łatwy sposób zjednuje sobie także personel medyczny. – W Warszawie, w kawiarni rozmawiam ze znajomymi o naszej pracy, o tym, że szukamy lekarzy. Po czym nagle siedzące obok nas małżeństwo oznajmia, że przysłuchiwali się naszej rozmowie i chcieliby pojechać na Jamajkę – śmieje się siostra. Ich wyjazd rzeczywiście doszedł do skutku. Mile widziani są też dentyści. – Jamajczycy najchętniej by wszystkie zęby wyrwali, gdy tylko ich coś zaboli – ubolewa misjonarka. Wielkim problemem na Jamajce jest palenie marihuany. – To jest coś normalnego. Wszyscy siedzą w tym dymie, nawet dzieci, co potem odbija się na ich pamięci. Nie są w stanie przypomnieć sobie, czego się nauczyły na zajęciach szkółki, którą prowadzimy. A trzeba dodać, że zdecydowana większość obywateli z ponad 2,5-milionowego kraju to analfabeci – opowiada s. Rita.

Biały, a nie czarny

Wszyscy znamy siostry sercanki z czarnych habitów. Tymczasem s. Rita przyszła na spotkanie w białym. – Na Jamajce temperatura nie spada poniżej 40 stopni Celsjusza. Żyjemy zatem w ciągu całego roku w pełnym tropiku. Nie byłybyśmy w stanie chodzić w czarnych habitach – wyjaśnia. – Nie mamy też czasu na plażowanie i podziwianie piękna piaszczystych jamajskich plaż. Ale mamy taki zwyczaj, że w każdy weekend zabieramy naszych lekarzy i wolontariuszy na wycieczkę i pokazujemy im cudowne zakątki wyspy. Jest też wtedy czas na spacery nad oceanem – opowiada s. Rita. Jej góralski charakter jest dobrze znany w zakonie. Wszystko potrafi załatwić, nawet rzeczy beznadziejne. Takich przykładów jest mnóstwo. – Siostry zawsze się trapią, skąd weźmiemy na to czy na tamto albo że jeszcze tyle nam brakuje. Ja im zawsze wtedy powtarzam, że musimy wszystko zawierzyć Bogu, a potem sprawę wziąć w swoje ręce. I to się udaje, choćby z pomocą Watykanu – śmieje się s. Rita. – Jestem też w tych wszystkich działaniach trochę uparta, dążę do celu, jak ludzie z gór. W jej posłudze misjonarskiej bywały jednak także chwile grozy. Na pierwszej placówce w Zairze pracowała w czasie, kiedy doszło akurat do wojny domowej. – Mieszkałyśmy z innymi siostrami w środku buszu. To były lata 90. minionego wieku. Telefony nie były tak powszechne jak dziś, nie było wręcz jak przekazać informacji, że nic nam nie jest. Do mojej mamy w Nowym Targu dotarła nawet wiadomość o mojej śmierci – opowiada s. Rita.

Gorące połączenie z niebem

Choć teraz pracuje w innej części świata, dalej boryka się z problemami komunikacyjnymi. – Nasza placówka na Jamajce położona jest w terenie górzystym. Ciężko jest z jakimkolwiek połączeniem z siecią www. Pracowali nad tym nawet specjaliści z USA, ale na razie nie mamy dostępu do internetu. Nasze siostry ze zgromadzenia nie mogą zrozumieć, jak to jest możliwe przy takiej nowoczesności. A ja im tłumaczę, że za to mamy tropikalne połączenie z Panem Bogiem i to non stop – śmieje się s. Rita. Podczas pobytu w Nowym Targu chce trochę zadbać o swoje zdrowie, stąd między jedną a drugą rozmową z rodziną, przyjaciółmi ma umówione wizyty u lekarzy. Chce z nowymi siłami wrócić do misyjnej pracy. I pomyśleć, że na początku władze zakonne widziały siostrę Ritę w pracy katechetycznej. Jej postulaty dotyczące pracy na misjach były odrzucane. – Trochę się buntowałam, dyskutowałam. Kiedy zupełnie odpuściłam i pogodziłam się z taką wolą przełożonych, pojawiła się szansa na pierwszy wyjazd do Zairu. To było coś nieprawdopodobnego, jak działa Pan Bóg. Najpierw musisz się zupełnie mu oddać i  Jemu zawierzyć! – zrozumiała.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama