Nowy numer 32/2020 Archiwum

Morska witacka

Dla Heleny to sposób spędzania wolnego czasu na emeryturze. Ula i Marian dziękowali za 20 lat małżeństwa, a 12-letni Miłosz cieszył się z ciekawych wakacji.

Prawie 80 rowerzystów z Podhala ze swoim kapelanem ks. Tadeusz Skupniem, wikarym parafii św. Katarzyny w Nowym Targu, po tygodniu pielgrzymkowej trasy pokłoniło się Maryi. Ostatni odcinek wiódł z Szamotuł do Swarzewa, gdzie znajduje się sanktuarium Matki Bożej Królowej Polskiego Morza. Rowerowych pątników witali tam Kaszubi, lokalne władze i ks. Stanisław Majkowski, kustosz sanktuarium. – Możecie być bardzo dumni, bo przebyliście poważny dystans Tour de Pologne. Takie wyprawy wam służą, bo wszyscy bardzo dobrze wyglądacie – żartował duchowny, który przypomniał, że w czasie pierwszej pielgrzymki Podhalanie podarowali sanktuarium figurę Matki Bożej Ludźmierskiej. Od tego czasu stoi ona tuż obok ambony. Przed wjazdem na ostatnią prostą wiodącą na Hel rowerzyści odmówili Koronkę do Miłosierdzia Bożego.

Doping dwóch papieży

Pielgrzymi każdego dnia pokonywali od 140 do 170 km. Wszyscy podzieleni byli na 5 grup. Każda miała swoich pilotów, którzy dbali o bezpieczne przejazdy na skrzyżowaniach, przy przecinaniu się dróg wojewódzkich, krajowych. Pątnicy wyróżniali się spośród innych rowerzystów żółtymi, odblaskowymi kamizelkami. – To trochę taka ścigaczka, żeby zdążyć ze wszystkim – śmieje się Staszek Bryja z Kilkuszowej, jeden z pilotów. – Wrażenie niezapomniane, także to duchowe, no i ten doping dwóch świętych papieży, których wszyscy mamy na koszulkach. One przypominają, że najważniejsza droga to ta prowadząca do świętości – rzuca na trasie gdzieś przed Władysławowem. – Do uczestnictwa w takiej pielgrzymce trzeba dorosnąć, dojrzeć. O kondycję nie ma się co obawiać, bo człowiek ma większe doświadczenie, jeśli brał udział w takich wyprawach wcześniej – mówi Józef Teper, który za rok chciałby wybrać się do Katynia, w 5. rocznicę katastrofy smoleńskiej. – To moja szósta pielgrzymka. Każdego roku jest inna. Poznajemy nowe sanktuaria, są nowe wyzwania. Wiozę do przemodlenia wiele intencji, także tę związaną z moim bratem Andrzejem, szefem Związku Podhalan, który w związku z tą funkcją ma na głowie wiele obowiązków – mówił podczas postoju w Jastarni ks. Tadeusz, kapłan pochodzący z Podhala. W pielgrzymce wzięła udział już po raz 6. Helena Łojas z Nowego Targu. – Dziękuję Bogu, że będąc na emeryturze, tak pięknie spędzam wolny czas. Tyle dobrych wrażeń, tylu wspaniałych ludzi wokół mnie, braci i sióstr z pielgrzymkowego szlaku! Choć odczuwam już zmęczenie, na pewno siódmy raz też pojadę, jak tylko Bóg da zdrowie – zarzeka się góralka, która jest też wolontariuszką w szpitalu, a zimą dba o swoją kondycję, jeżdżąc na nartach. Pątnicy w modlitwie nie zapominali też o tych, którzy tym razem pojechać nie mogli, oraz o tych, którzy dotarli już do niebiańskiej mety – ks. Tadeuszu Juchasie, przyjacielu pielgrzymkowych eskapad, i Jurku Żądle, który jeszcze niedawno był uczestnikiem pielgrzymek.

Kąpiel na koniec

Najmłodszymi pątnikami byli 12-letni Miłosz i nieco młodsza od niego Kasia. – Super się jechało! – mówią zgodnie. Ich starsi koledzy – Kamil i Rafał z Niedzicy, już uczniowie szkół średnich – nie wyobrażają sobie następnych wakacji bez udziału w pielgrzymce. – To nie tylko fajny sposób spędzania wolnego czasu, ale też forma modlitwy, spotkania z drugim człowiekiem – podkreślają chłopcy. Twarzą pielgrzymki był jej kierownik Jan Blańda, który razem ze wszystkimi dzielnie pokonywał wszystkie odcinki drogi na rowerze. W organizacji wyprawy co roku pomaga mu cały sztab dobrych ludzi (na czele z niezwykle skromną żoną), sponsorów, przyjaciół czy członków Związku Podhalan w Spytkowicach. Bez ich wsparcia trudno byłoby m.in. wyżywić głodnych i zmęczonych trasą pielgrzymów. Przed peletonem jedzie więc zawsze bus z bagażami, kierowany przez Wiktora Bachulę (głównego sponsora), i 13-metrowy samochód z całym zapleczem kuchennym. – Bardzo ważny jest czas. A bywa tak, że po drodze są wypadki, nie ma jak przejechać. Kiedyś mieliśmy już wyjeżdżać z parkingu po wydanym obiedzie, ale zadzwonił do nas kolega, że droga jest zablokowana i musieliśmy jechać objazdem. Na szczęście kolację rowerzystom serwowaliśmy o czasie – śmieje się Janusz Blańda, syn pana Jana. Gdy robimy pątnikom pamiątkowe zdjęcia, wszyscy są wyczerpani, ale szczęśliwi, i kąpią się już w Bałtyku, na Helu, regenerując siły.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama