Nowy numer 48/2020 Archiwum

Lekarze walczą o życie dwulatka

Stan wyziębionego chłopczyka jest stabilny, ale ciężki - mówią specjaliści z krakowskiego szpitala dziecięcego.

Lekarzom z Uniwersyteckiego Szpitala Dziecięcego w krakowskim Prokocimiu udało się uratować dziecko z głębokiej hipotermii.

Chłopiec trafił do szpitala w niedzielę rano - temperatura jego ciała chłopca wynosiła zaledwie 12 stopni Celsjusza.

Temperatura skóry była znacznie niższa. Obecnie stan dziecka cały czas jest ciężki, ale stabilny. Chłopiec przebywa na oddziale intensywnej terapii.

- Jest o wiele za wcześnie, by mówić, jaki jest stan chłopca, bo dziecko cały czas jest podłączone do sztucznego płucoserca. Jednocześnie jego nerki zaczęły pracować, a serce bić. To dobra wiadomość, ale na razie nie mamy prawa pytać o stan układu nerwowego, a przede wszystkim mózgu. Obecnie chłopiec został dogrzany do temperatury 35 stopni C. i na ten moment nie chcemy dogrzewać więcej - mówi prof. dr hab. med. Janusz Skalski, kierownik Kliniki Kardiochirurgii Dziecięcej i Intensywnej Opieki Kardiochirurgicznej Uniwersyteckiego Szpitala Dziecięcego, pod opieką którego znajduje się chłopiec.

- Gdy chłopiec został do nas przywieziony, zabroniłem podnosić temperaturę jego ciała, bo to mogłoby zagrozić jego życiu. Nagrzewanie musi się odbywać powoli, by nie doszło do wydzielania się niebezpiecznych pęcherzyków gazów. Dlatego zadowoliło nas, gdy stopniowo udało się osiągnąć temperaturę 27 stopni, choć wolałbym, gdyby dziecko było dogrzewane jeszcze wolniej - tłumaczy prof. Skalski.

Profesor przyznaje, że wszyscy uczestnicy akcji ratunkowej zachowali się bardzo profesjonalnie. - Warto wiedzieć, że jeśli znajdziemy kogoś tak bardzo wychłodzonego, to nie wolno go przykrywać kocami czy rozgrzewać w inny sposób. Trzeba zawiadomić pogotowie i rozpocząć reanimację w takim stanie, w jakim jest pacjent, a nawet obłożyć głowę lodem. Stan hipotermii w takiej sytuacji - w przeciwieństwie do szoku wywołanego nagłym ogrzaniem - chroni bowiem mózg i narządy wewnętrzne - tłumaczy prof. Skalski.

Dramat rozegrał się w niedzielę nad ranem. Prawdopodobnie chłopiec sam wyszedł z domu między godziną trzecią a piątą rano. Wieczorem rodzice zostawili go wraz z rodzeństwem pod opieką babci, która położyła dzieci do snu i sama również poszła spać.

Gdy zauważyła, że dziecka nie ma w domu, zawiadomiła policję. W tej chwili babcia jest w głębokim szoku i przesłuchanie jej nie jest możliwe.

Akcja poszukiwawcza policji i straży pożarnej trwała do godz. 8 - dziecko ubrane tylko w piżamę i skarpetki zostało znalezione ok. 600 metrów od domu, nad rzeką.

Policjant, który je odnalazł, pobiegł do najbliższego domu i tam rozpoczął reanimację. Następnie chłopiec został przewieziony do szpitala w Prokocimiu.

Od razu trafił na blok operacyjny, gdzie zespół prof. Skalskiego wszczepił mu układ pozaustrojowego leczenia, który umożliwia przepływ krwi i ogrzewania pozaustrojowego od 6 do 9 stopni na godzinę.

Do tej pory najniższa temperatura ciała człowieka uratowanego z głębokiej hipotermii wynosiła 13,7 stopnia Celsjusza. Było to w 1999 roku, gdy szwedzka radiolog Anna Bagenholm spędziła 80 minut w lodowatej wodzie po wypadku na nartach.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama