Nowy numer 42/2020 Archiwum

Mistrzyni słowa

Przed laty święciła triumfy sceniczne i wykształciła
900 aktorów. Jej przyjacielem i przewodnikiem duchowym był Karol Wojtyła.

Lubiłem jej słuchać. Przypominała trochę w gestach, nie w wyglądzie, wielką tragiczkę – Stanisławę Wysocką. Była i pozostanie w mojej pamięci jako ktoś niezwyczajny. Tak przejmująco elektryzujący głos, który się pamięta, miała tylko Irena Eichlerówna i podobnie jak ona, Danuta Michałowska stworzyła swój własny styl gry aktorskiej – mówi Dariusz Domański, krakowski krytyk teatralny. –Umiejętnie łączyła w sobie postawę genialnej aktorki z genialną interpretatorką wiersza. Porywała tym słuchaczy! Wywoływała wpierw niezwykłą ciszę, a dopiero po dłuższej chwili huragan braw – opowiada Domański.


Nie widziano w niej aktorki 


Danuta Michałowska była rodowitą krakowianką. Urodziła się 7 stycznia 1923 r. Od dzieciństwa lubiła recytować. Nie widziano w niej jednak aktorki. Gdy miała 10 lat, dumni rodzice pochwalili się jej wszechstronnością przed wileńską aktorką Elżbietą Łabuńską. Mała Danuta recytowała z przejęciem. Pokazała aktorce również swój dziennik z podróży do Danii. Łabuńska, wysłuchawszy recytacji i przejrzawszy dziennik, powiedziała rodzicom dziewczynki: „Niech córeczka raczej pisze”.
Związała się z teatrem podczas okupacji niemieckiej, mając 17 lat. Najpierw była w młodzieżowej grupie teatralnej, której opiekunem był wielki aktor Juliusz Osterwa. – W 1941 r. trafiła do podziemnego teatru Mieczysława Kotlarczyka, zwanego później Teatrem Rapsodycznym. Tu przekonała się o prymacie słowa w teatrze. Temu prymatowi pozostała wierna w trakcie swej dalszej drogi artystycznej – mówi D. Domański.
– Przez całe swoje życie artystyczne pozostawała w kręgu literatury najwyższego lotu. Zajmowały ją zawsze teksty, które mają widzowi coś ważnego do przekazania, zarówno w wymiarze religijnym, myślowym, narodowym, społecznym, jak i estetycznym. Chyba było jej szkoda czasu na teksty drugo- czy trzeciorzędne – wspomina prof. Jacek Popiel, teatrolog, prorektor UJ byłyrektor Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Krakowie.


Walczyła z deklamacją


Z rapsodykami była związana do 1961 roku, z przerwą w latach 1953–1957, po zlikwidowaniu teatru przez władze komunistyczne. – Odniosła wielki sukces rolą Tatiany w scenicznej adaptacji „Eugeniusza Oniegina”. Grała ją 482 razy – wspomina D. Domański.
Potem stworzyła Teatr Jednego Aktora. W 1978 r., po wyborze Karola Wojtyły na papieża, przekształciła go w Teatr Godziny Słowa. Przygotowane przez nią monodramy, m.in. „Bramy raju” Jerzego Andrzejewskiego, „Pan Tadeusz” Adama Mickiewicza i „Teatr Pana Sienkiewicza”, cieszyły się wielkim powodzeniem.
Danuta Michałowska łączyła mistrzostwo sceniczne z talentem pedagogicznym. Przez 42 lata wykładała w krakowskiej PWST. Na początku lat 80. XX w. była rektorem tej uczelni. Jej uczniami byli m.in. Teresa Budzisz-Krzyżanowska, Jan Nowicki, Jerzy Stuhr i... pieśniarka Ewa Demarczyk, której talent aktorski bardzo ceniła. W sumie spod jej profesorskiej ręki wyszło 900 aktorów. 
Nie pobłażała swym uczniom. „Przez 42 lata pracy dydaktycznej walczyłam z tym, co się potocznie obecnie nazywa »deklamacją«, czyli sztucznym, powierzchownym, często alogicznym sposobem wypowiadania pięknym głosem tekstu” – wspominała.
Pod Wawelem była bardzo doceniana. W 2008 r. otrzymała od Rady Miejskiej tytuł Honorowego Obywatela Miasta Krakowa. Wyróżniono ją za „poświęcenie dla sztuki i teatru, umiejętne przekazywanie piękna słowa i pobudzanie wyobraźni”.


Przyjaciel na całe życie


W czasie wojny poznała w zespole rapsodyków Karola Wojtyłę. Widziała go już jednak przed wojną, gdy jako 15-letnia panna poszła na wieczór autorski młodych poetów w krakowskim Domu Katolickim.
Z Wojtyłą grali razem w podziemnych przedstawieniach teatralnych, m.in. w prapremierze „Króla-Ducha” Juliusza Słowackiego. Michałowska przez wiele lat używała niekiedy jako rekwizytu własnego egzemplarza tego poematu Słowackiego, który młody aktor Wojtyła trzymał w rękach 1 listopada 1941 r., w trakcie prapremierowej recytacji.
Kolega z teatru, późniejszy biskup i papież, został jej przyjacielem na całe życie. Nie odmawiał jej nigdy swej porady duchowej. Michałowska, która miała w swym życiu okresy niedowiarstwa, przyznawała, że wybór Karola Wojtyły na papieża zmienił zupełnie jej życie artystyczne i duchowe. „Doszłam do wniosku, że jedyne, co mogę i co powinnam czynić, to starać się o wprzęgnięcie codziennej pracy do tego samego »wózka«, którego Woźnicą jest On. Muszę zatem robić to, co umiem najlepiej, a więc głosić słowem artystycznym te same prawdy, którymi przeniknięta jest posługa apostolska Jana Pawła II” – napisała w swoich wspomnieniach „Pamięć nie zawsze święta”. 
Prapremiery jej monodramów, m.in. „Ja bez imienia”, opartego na „Wyznaniach” św. Augustyna, i „Gołębica w rozpadlinach skalnych” na podstawie tekstów biblijnych, odbywały się w prywatnych apartamentach Jana Pawła II.
Danutę Michałowską ceniono najbardziej za wierność słowu, jako pierwszorzędnemu – według niej – elementowi teatru. – To jedna z największych osobowości artystycznych, jakie pojawiły się w teatrze polskim w II poł. XX w. Była artystką, która zawsze, mówiąc piękne słowo, zarówno prozy, wiersza, jak i dramatu wierszowanego, potrafiła przekazać całą głębię myśli zawartej w tych tekstach – twierdzi prof. Popiel. 
– Trzeba było słyszeć, jak ta artystka interpretowała „Promethidiona”! Cóż za dykcja, jaka melodyjność głosu, jakie dogłębne zrozumienie tekstu Norwida. Była dla mnie nieporównywalną z nikim mistrzynią słowa – dodaje D. Domański.
Danuta Michałowska zmarła 11 stycznia w wieku 92 lat. Została pochowana 16 stycznia na krakowskim Salwatorze.


« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama