Nowy numer 48/2020 Archiwum

O dorożkarzu, który piękne wiersze układał

Konstanty Ildefons Gałczyński pisał tak:

Zapytajcie Artura,
daję słowo: nie kłamię,
ale było jak ulał
sześć słów w tym telegramie:
ZACZAROWANA DOROŻKA
ZACZAROWANY DOROŻKARZ
ZACZAROWANY KOŃ.

Ech, Krakowie, kochany Krakowie, po twoich ulicach mkną dzisiaj samochody, autobusy i tramwaje, ale nie dorożki. Ludzie śpieszą do swych zajęć, nie podnosząc głów, nie wsłuchując się w melodię hejnału Mariackiego, lecz ponuro patrząc pod nogi i wystukując coś na klawiaturach telefonów komórkowych. W Piwnicy pod Baranami nie zwołuje już nocną porą swym dzwoneczkiem podwawelskiej bohemy Piotr Skrzynecki, nie śpiewa tam Ewa Demarczyk, na deskach Teatru im. Juliusza Słowackiego nie czaruje głębokim basem Leszek Herdegen, a na Rynku Głównym zamiast księgarń rozpanoszyły się lokale z czerwonymi latarniami.

I gdyby na Drodze Królewskiej nagle rozległ się stukot końskich kopyt, wszyscy byliby niepomiernie zdziwieni, może nawet lekko przerażeni. A jeśli przed Sukiennicami zeskoczyłby z dorożkarskiego kozła Jan Kaczara i przemówił wierszem do swoich pasażerów, większość przechodniów i turystów wzięłaby go za nieszkodliwego wariata.

Takie to nastały czasy, w których Konstanty Ildefons Gałczyński nie znalazłby raczej wdzięcznych słuchaczy swoich wierszy, a wszechobecna pospolitość i bylejakość zmąciłaby romantyczny nastrój rozkochanego w poezji miasta. A jak drzewiej bywało?

Przystanęliśmy pod domem "Pod Murzynami"
(eech, dużo bym dał za ten dom)
i nagle: patrzcie: tak jak było w telegramie:
przed samymi, uważacie, Sukiennicami:
ZACZAROWANA DOROŻKA
ZACZAROWANY DOROŻKARZ
ZACZAROWANY KOŃ.

Ja mam to szczęście, że pamiętam jeszcze dawny Kraków, a w śnieżnym lutym 1955 roku dziecinne łóżeczko dla mnie wiózł z ulicy Stolarskiej na Radziwiłłowską (wówczas Mikołaja Reja) ów zaczarowany dorożkarz, którego 35. rocznicę śmierci  właśnie uczciło Towarzystwo Prądnickie, składając kwiaty i zapalając znicze na jego grobie w parafialnej części cmentarza Batowickiego.

Jaka szkoda, że moi rodzice nie zapamiętali wierszyka, jakim ich powitał lub pożegnał, zapewne odnosząc się w nim do przedmiotu wniesionego do jego zaczarowanej dorożki. Ale tak sobie myślę, że moja wielka miłość do literatury i teatru zrodziła się może w tamtej chwili.

Rozsławiony przez Gałczyńskiego Kaczara mieszkał na Prądniku Czerwonym, a do pracy ubierał charakterystyczny czarny melonik, który z czasem stał się symbolem krakowskiego dorożkarstwa. Nie wiadomo, czy mówił wierszem jeszcze przed poznaniem mistrza Ildefonsa, czy też pod wpływem licznych spotkań z nim. Zyskał jednak ogromną sławę i został ówczesnym celebrytą, udzielając wywiadów prasowych i goszcząc w programach raczkującej dopiero Telewizji Polskiej. Zdarzało mu się prosto z kozła wchodzić na scenę Piwnicy pod Baranami. Ułożył piękną (niestety zaginioną) rymowaną historię dorożkarstwa.

Pozostał w pamięci wielu starszych krakowian. I chociaż inne mamy dzisiaj czasy, to jednak wystarczy tylko trochę wyobraźni, by przenieść się w zupełnie inną epokę i ujrzeć taki oto obrazek:

Ale w knajpie dorożkarskiej,
róg Kpiarskiej i Kominiarskiej,
idzie walc "Zalany słoń";
ogórki w słojach się kiszą,
wąsy nad kuflami wiszą,
bo w tych kuflach miła woń.
I przemawia mistrz Onoszko:
- Póki dorożka dorożką,
a koń koniem, dyszel dyszlem,
póki woda płynie w Wiśle,
jak tutaj wszyscy jesteście,
zawsze będzie w każdym mieście,
zawsze będzie choćby jedna, 
choćby nie wiem jaka biedna:
ZACZAROWANA DOROŻKA
ZACZAROWANY DOROŻKARZ
ZACZAROWANY KOŃ.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama