Nowy numer 49/2020 Archiwum

Przynieś, kup i pomóż

Na całym świecie jest ich ok. 15 tysięcy, w Anglii – 150, a w Polsce mniej niż 10. Dwa krakowskie rozwijają właśnie skrzydła. Chodzi o sklepy charytatywne.

Prowadzi je wielicka Fundacja „Largo” (z włoskiego – szeroko, bo pomoc ma trafić do jak najszerszego grona), którą założyły dwie energiczne kobiety: Joanna Studnicka i Agata Dębowska. – Pomysł podsunął mi kuzyn, który mieszka w Wielkiej Brytanii. Zapytałam, czy w miejscowości, w której mieszka, są second handy, bo od lat jestem maniaczką ubraniową. Nie było, bo okazało się, że na Wyspach w ogóle ich nie ma. Są za to „charity shops”, czyli sklepy charytatywne – wspomina Joanna, która niebawem opowiedziała o nich swojej koleżance. – Od dawna myślałyśmy o jakimś wspólnym przedsięwzięciu. Ja znam się na ubraniach, Agata jest księgową i obie chciałyśmy pomagać innym. Ten pomysł wydał się nam idealny – mówi.

Szybko złożyły dokumenty konieczne do powstania fundacji. Odpowiedź sądu była ekspresowa. – Wiadomość przyszła, gdy akurat szłam z dziećmi w pielgrzymce na Jasną Górę. Wtedy również okazało się, że nie jestem poważnie chora, o co były podejrzenia – wspomina J. Studnicka. – Pomagając innym, chcę więc też podziękować Panu Bogu – dodaje. Siłą rozpędu Agata i Joanna założyły nie jeden, ale od razu dwa sklepy charytatywne. Pierwszy znajduje się na placu targowym przy ul. Wysłouchów 48 (os. Kurdwanów), drugi – na „Manhattanie”, czyli placu przy ul. Białoruskiej 7. W obu można znaleźć dosłownie wszystko: są ubrania dla dorosłych i dla dzieci, torebki, buty, książki i niezliczona ilość bibelotów oraz podręcznego sprzętu domowego – kubków, filiżanek, talerzyków. Jest nawet piękna suknia ślubna, która czeka na nową właścicielkę. Ceny wszystkiego – nawet prawie nowych śpioszków i kombinezonów dla dzieci – zaczynają się od 3 zł. Największym zainteresowaniem cieszą się jednak wszelkiego rodzaju bibeloty. Pomysł jest prosty – do sklepu charytatywnego można przynieść niepotrzebne nam rzeczy. Nie mogą być zniszczone, aby komuś mogły się jeszcze przydać. Oddając je, można wyjść z pustymi rękami, ale najlepiej coś kupić i zostawić kilka złotych – na szczytny cel. Pieniądze można też po prostu wrzucić do puszki, z której dochód przeznaczony jest na pomoc 13-letniemu Adrianowi Grochowiakowi. Pomoc dla tego chłopca jest dla Joasi i Agaty numerem jeden. Adrian w swoim życiu wiele już przeszedł, a polscy lekarze wciąż nie wiedzą, co mu jest. Bezradnie rozkładają ręce. Chłopiec po urodzeniu dużo chorował, przyjmując przy tym ogromną ilość leków i spędzając mnóstwo czasu w szpitalach. Potem, między 5. a 7. rokiem życia nastąpiła „cisza przed burzą”, która nadeszła w Boże Narodzenie 2007 roku. – Od tego czasu, dzięki finansowemu wsparciu wielu osób, syn był wiele razy diagnozowany, w Polsce i za granicą. Badania wykluczały m.in. choroby mięśniowo-genowe, wczesny parkinsonizm i niedowłady naprzemienne – opowiada Justyna Grochowiak, mama chłopca. O Adrianie napiszemy więcej w kolejnym numerze „Gościa Krakowskiego”, a dziś zachęcamy do odwiedzin sklepów charytatywnych, bo każda zostawiona w nich złotówka znaczy dla chłopca bardzo wiele.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama