Nowy numer 43/2020 Archiwum

Miłość na raka nie choruje

Hospicjum domowe. O rozbijaniu dużej nadziei na małe „nadziejki” i bramie, przez którą każdy musi przejść, z lek. med. Ewą Wieteską z krakowskiego Hospicjum św. Łazarza rozmawia Monika Łącka

Monika Łącka: Mówi się, że muzyka łagodzi obyczaje. Łagodzi też ból, gdy czasem gra Pani pacjentom na gitarze?

Lek. med. Ewa Wieteska: Gram rzadko, bo w hospicjum stacjonarnym taka muzyka nie zawsze się sprawdza. Tam ważniejsze są rozmowa i bycie przy chorych. Większość pacjentów jest leżąca, z trudnymi objawami choroby, więc nie jest łatwo organizować koncerty. Częściej gram dla innych pracowników, żeby mogli razem pobyć i odpocząć. Jeśli jednak któryś z pacjentów hospicjum domowego powie mi, że bardzo lubi poezję śpiewaną, chętnie pójdę do niego z gitarą!

Żeby oderwać go od tego, co związane jest z chorobą?

Wydaje mi się, że słuch jest zmysłem, który najdłużej pozostaje sprawny. Czasem, w efekcie choroby, bywa nadwrażliwy, ale i tak długo pomaga wpływać na emocje i przeżywanie różnych spraw. Staram się traktować pacjentów tak, jak sama chciałabym być traktowana, gdybym była tak bardzo chora. Może słuchałabym wówczas muzyki Mozarta i Chopina, bo jest tam zawarty ogromny świat emocji. Przecież można z tego świata czerpać pełnymi garściami, niezależnie od kondycji fizycznej. Niestety, rzadko zdarza się, żeby moi pacjenci słuchali muzyki klasycznej.

Może dlatego, że chorzy często myślą, iż przyjemności już nie są dla nich?

Niestety, często spotykam się z taką postawą nie tylko wśród pacjentów, ale i ich rodzin. Choroba odbiera poczucie wartości we wszystkich sferach życia, a pacjenci, szczególnie na początku, przyjmują diagnozę na zasadzie „01”. Czyli: „Będę szczęśliwy, jeśli wyzdrowieję, a jeśli jest rak, to cały mój świat jest chory”. Staram się więc pokazać, że jest inaczej. Na przykład, jeśli pacjent nie jest w stanie sam czytać, podpowiadam, by korzystał z audiobooków, żeby miał kontakt ze słowem pisanym, czytanym, wypełniał czas czymś ciekawym i twórczym. Żeby też słuchał muzyki. Bo choroba nowotworowa to tylko część życia i nie musi go zdominować.

A jeśli pacjent mówi: „Po co mi to? Nie chcę, i tak umrę”?

Wtedy ciężko jest mu pomóc. Gdy jednak otwiera się na propozycje, nadaje sens pracy całego naszego zespołu. I aż serce się cieszy, że choć nie można go już wyleczyć, jednak udało się odkryć to, co jest zdrowe w jego życiu, dzięki czemu może pełniej przeżyć swój czas.

A potem to pacjenci tłumaczą Pani, jak powinniśmy żyć, by niczego nie przegapić?

Tak, i to jest niesamowite! Wczoraj byłam u pana, który nigdy nie zwracał uwagi na rodzinę, żonę, dzieci. Zajmował się pracą, spotykał z kolegami, znajomymi, bliscy byli na dalszym planie. Teraz, gdy jest już w bardzo ciężkim stanie, okazało się, że choroba go zmieniła. Zaczął rozmawiać z rodziną, zauważył dzieci, inaczej buduje relacje z bliskimi. Jego żona opowiadała mi to ze łzami w oczach. Ten sam pacjent tłumaczył ostatnio pielęgniarce, żeby żyła pełnią życia, by miała dobry kontakt z mężem, dawała bliskim siebie i swój czas. Bo to jest najważniejsze.

Spotkania z chorymi są czymś w rodzaju pozytywnego doładowania, szansą na zobaczenie czegoś więcej niż tylko ich cierpienia?

My od nich czerpiemy mądrość i mnóstwo energii! Pacjenci stawiają nas „do pionu”. Z perspektywy krótkiego czasu, który jest przed nimi, pokazują, co się w życiu prawdziwie liczy. Mówią: „Zatrzymaj się. Popatrz na swoje życie, zastanów się, co jest twoim marzeniem i dopiero wtedy idź dalej”. Uczą nas, żebyśmy nie zatrzymali się w biegu dopiero, gdy przyjdzie choroba, bo wtedy będzie za późno.

„Zatrzymaj się”, choć czasem doba jest na to za krótka...

Współczesny świat mówi: „Bądź szczęśliwy, ale przede wszystkim pracuj, zarabiaj pieniądze”. A pacjenci mówią, że szczęście to małe rzeczy, które nie zależą od finansów i często nam umykają: rozmowa z bliską osobą, poświęcenie komuś choćby chwili czasu, zobaczenie wkoło piękna.Bo życie jest nie tylko po to, by biec, ale po to, by swój czas dobrze wykorzystać. Żeby kiedyś powiedzieć, że dobrze przeżyłam życie i dałam ludziom tyle, ile tylko mogłam. W ubiegłym roku bardzo potrzebowałam takiego spojrzenia na życie. Od września do połowy grudnia szłam więc sama, z 15-kilogramowym plecakiem na plecach, z Carcassone we Francji do Santiago de Compostela, a potem jeszcze dalej, na przylądek Finisterre. Dopiero po takich 3 miesiącach wyciszenia, słuchania głosu Boga, szumu wiatru, oceanu i ludzi spotykanych na Szlaku św. Jakuba mogłam wrócić do pracy z nową energią. Bo przychodząc do pacjenta, chcę być dla niego na 100 procent.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama