Nowy numer 43/2020 Archiwum

Przytuleni do Jezusa

Nadzwyczajni szafarze Komunii. – Pierwszą osobą, której po przyjęciu błogosławieństwa służyłem jako szafarz, była moja córka. Tuż przed Wielkanocą urodziła synka i w święta nie mogła iść do kościoła. Za to ja mogłem zanieść jej Pana Jezusa – wspomina ze wzruszeniem Jarosław Szarek.

Kardynał Stanisław Dziwisz podpisał 12 grudnia 2005 r. dekret ustanawiający w archidiecezji krakowskiej posługę świeckich pomocników w udzielaniu Komunii świętej. Od tej pory co roku, po wcześniejszych kilkumiesięcznych przygotowaniach, kilkudziesięciu mężczyzn przyjmuje błogosławieństwo do tej posługi.

Panie, nie jestem godzien

W tym roku w sobotę przed Niedzielą Palmową w sanktuarium Miłosierdzia Bożego w Łagiewnikach pobłogosławiona zostanie 10. już grupa szafarzy – 39 mężczyzn z 29 parafii. Różne są drogi do tej służby w Kościele. Ostatecznie jednak to zawsze ksiądz proboszcz proponuje, by ktoś został jego współpracownikiem w tej bardzo odpowiedzialnej posłudze, jaką jest dbanie o życie sakramentalne chorych w parafii. Wszyscy szafarze mówią zgodnie, że propozycję od swojego duszpasterza przyjęli z radością, ale i drżeniem serca. Czasem poczucie własnej niegodności, wynikające głównie z wrażliwości, było powodem odłożenia w czasie decyzji o podjęciu się tego zadania. – Byłem wewnętrznie przekonany, że nie zasługuję, by pełnić tę posługę. Dlatego odmówiłem ks. prał. Janowi Głodowi, który wówczas był proboszczem w parafii Miłosierdzia Bożego na Wzgórzach Krzesławickich i chciał mnie wydelegować do pierwszej grupy kandydatów przygotowujących się do posługi. Dał mi jednak rok na przemyślenie i przemodlenie propozycji – opowiada Jarosław Szarek, „szef” szafarzy archidiecezji krakowskiej. I rzeczywiście, decyzję podejmował całe 12 miesięcy. Dojrzewała na modlitwie. To w niej szukał natchnienia i rozeznania. Wielkim duchowym wsparciem była dla niego żona. – Pokazywała mi, i tak jest do dzisiaj, jak należy się modlić. Bo mimo że ja dostępuję zaszczytu bycia szafarzem, to ona potrafi modlić się bardziej kontemplacyjnie – mówi J. Szarek. Dziś jest przekonany, że pełnienie posługi nadzwyczajnego szafarza Komunii św. to największy zaszczyt, jaki może spotkać świeckiego mężczyznę w Kościele. – Przecież chodzi o możliwość dotykania i przekazywania Ciała Pańskiego tym, którzy bardzo Go pragną, lecz z uwagi na chorobę lub słabość fizyczną nie mogą pójść do kościoła – wyjaśnia i dodaje, że i dziś, podobnie jak 9 lat temu, nie czuje się godzien bycia w takiej bliskości z Jezusem. Z pokorą przyjmuje też znaki, jakie Chrystus mu daje. A te potrafią zaskakiwać. – Pierwszą osobą, której po przyjęciu błogosławieństwa służyłem jako szafarz, była moja córka. Tuż przed Wielkanocą urodziła synka i w święta nie mogła iść do kościoła. Za to ja mogłem zanieść jej Pana Jezusa – wspomina ze wzruszeniem.

Rodzina pierwsza

Bycie nadzwyczajnym szafarzem nigdy nie może zakłócać jedności małżeńskiej. Sakrament małżeństwa musi być na pierwszym miejscu. To zaś w praktyce oznacza, że żonaty mężczyzna powinien zdecydować, czy chce pełnić tę posługę w porozumieniu z żoną i za jej zgodą oraz wsparciem. Nie chodzi bowiem o sporadyczne obowiązki, lecz o podjęcie się zadania, które w znaczny sposób może zmienić rytm rodzinnego życia – zwłaszcza w niedziele i święta, czyli wtedy, gdy najbardziej chce się być z bliskimi. Po rozpoczęciu posługi życie trzeba poukładać od nowa. – Ksiądz Józef Jakubiec, nasz ówczesny proboszcz w parafii Najświętszej Rodziny w Bieżanowie Nowym, najpierw mnie zapytał, czy zgodzę się, by mąż został szafarzem. Wiedziałam, że Włodziu zawsze marzył, by być jak najbliżej Pana Jezusa, więc nie miałam wątpliwości, że to dla niego będzie zaszczyt i radość największa – wspomina Barbara Walerowska. Jak dodaje, skoro męża coś uszczęśliwia, to i ją też, dlatego ani przez myśl jej nie przeszło, żeby mu tego zabraniać. – Nie chciałam jednak, żeby posługa Włodzia zaburzała życie rodzinne. Bo przychodziły święta i mąż zamiast być z nami (mamy czworo dzieci) na śniadaniu wielkanocnym, musiał iść do chorych. Początki były więc trudne, ale wszystko udało się wypracować i poukładać – opowiada.

Wezwanie od Boga

– Na tym polega subtelność więzi małżeńskiej, że małżonkowie powinni stanowić jedno w podejmowaniu ważnych decyzji życiowych, a taką na pewno jest posługa szafarza – mówi z przekonaniem Piotr Radzicki, od 2013 r. szafarz w parafii Matki Bożej Różańcowej na Piaskach Nowych. To właśnie jednomyślność z żoną i rozeznanie na modlitwie, czego Bóg od nich chce, sprawiły, że Piotr nie od razu odpowiedział na propozycję swojego proboszcza. – Uważałam wtedy, że nie powinniśmy rezygnować z naszych działań w Domowym Kościele. Gdy Piotr otrzymał propozycję, by zostać szafarzem, byliśmy zaangażowani w rekolekcje Domowego Kościoła i mieliśmy zostać parą rejonową. Wiedzieliśmy, że posługa Piotra dla chorych ograniczyłaby to. Stwierdziłam więc, że mamy już swoje zadania w Kościele – opowiada Elżbieta, żona Piotra. W tym czasie poważnie zachorował jej tata, co bardzo zmieniło małżeńską rzeczywistość. – Nasz czas przeznaczaliśmy przede wszystkim na opiekę nad tatą. Już nie mogliśmy tak aktywnie działać w Domowym Kościele, musieliśmy też odmówić prowadzenia rekolekcji i zostania parą rejonową. W takiej sytuacji mogliśmy na nowo myśleć o posłudze szafarza – wspomina Elżbieta. – Zobaczyliśmy wtedy, jak choroba taty wpłynęła na nasze życie i plany, jakby Bóg wywrócił je do góry nogami, otwierając mi nową furtkę. Powiedzieliśmy więc Panu Bogu: „Daj znak, że naprawdę chcesz, abym pełnił posługę szafarza”. Gdy ksiądz proboszcz ponowił prośbę, potraktowałem to jako wezwanie od Boga – opowiada Piotr.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama