Nowy numer 42/2020 Archiwum

Na trzy strony świata

Przez wszystkie majowe dni punktualnie o godz. 6 spotykają się na kościelnej wieży i rozpoczynają niezwykły koncert. Na trąbkach i saksofonach grają pieśni maryjne. Takich poranków chyba nie ma nigdzie na świecie.

Kilka minut przed wyznaczoną godziną muzycy z parafialnej orkiestry dętej już czekają przed zakrystią. Kościelny Adam Rams otwiera świątynię, potem jest czas na krótką modlitwę i pokonanie prawie 200 schodów. – Noszę instrument z sobą, bo sporo kosztuje, a jeszcze potrzebny mi jest do gry w orkiestrze miejskiej – uśmiecha się Alfred Pieprzak, który jako jedyny wynosi go na kościelną wieżę. Inni zostawiają na górze.

Zbliża się godz. 6. Muzycy z trąbkami stają w pierwszym oknie. W miasto idą dźwięki pieśni maryjnych, np. „O, Maryjo, witam Cię”. Chwila przerwy i muzycy przechodzą do kolejnego okna. Omijają tylko jedno, to w kierunku rynku. – Tam niektórzy nie chcą nas słyszeć, twierdzą, że nie mogą spać – wyjaśnia Władysław Wiśniowski, któremu towarzyszy brat Stanisław. Należą do najstarszej grupy osób grających w orkiestrze i w czasie majowego grania. – Tam chyba najbardziej wiało, jakby jakieś złe prądy tamtędy przechodziły – obraca w żart protesty pan Władysław. Jurek Nowakowski, który też jest na wieży, dodaje, że nawet za komuny nie było żadnych skarg. Bo granie majowe na wieży trwa co najmniej od 1965 roku.

Mała salka na wysokiej wieży

Członkowie orkiestry nie mają żadnych grafików, kto ma grać rano. Ważne jest, aby była czwórka muzyków do kwartetu. Ale i tak jest ich więcej. – Przychodzi każdy, kto czuje taką potrzebę, nie ma nic na siłę – podkreśla pan Paweł Ciężobka, który dojeżdża codziennie z Ostrowska. W każdą niedzielę ma podwójne zadanie, bo pieśni maryjne gra zaraz po powrocie z Nowego Targu także w remizie w swojej rodzinnej miejscowości. Towarzyszą mu koledzy. – To jest sprawa honoru, tego nie można przerwać. Jak się tu wyjdzie raz, drugi, to nie mam mowy, aby przerwać ten piękny modlitewno-muzyczny maryjny łańcuszek, nieważne, jaka jest pogoda – mówi pan Alfred. Rzeczywiście, pogoda lubi płatać figle członkom orkiestry. – Kiedyś, pamiętam, trzeba było grać prawie w rękawiczkach, bo tak było zimno. Palce nam przymarzały. Ale innym razem można było wyjść na wieżę w krótkich spodenkach – wspomina pan Paweł, który swoją przygodę z orkiestrą rozpoczął, namówiony przez tatę, od zagrania na powitanie Jana Pawła II na nowotarskim lotnisku w czerwcu 1979 r. To wydarzenie było najważniejsze w historii orkiestry. – Próby mieliśmy w małej salce na wysokiej wieży – wspomina W. Wiśniowski i pokazuje drzwi do tego pomieszczenia, kiedy schodzimy po schodach po porannym graniu. Jak się okazuje, do Nowego Targu przyjeżdżały także na próby orkiestry z sąsiednich miejscowości. Wszyscy jakoś mieścili się w prowizorycznej sali prób. Przecież chodziło o to, aby jak najpiękniej przywitać Jana Pawła II. Sławomir Suski zaraz po zejściu z wieży rusza do pracy. I tak codziennie, oprócz weekendów.

Przetrwali do końca

– To jest taka nasza modlitwa. A że zdarzają się nam pomyłki, to trudno. Przecież to nie jest jakiś poważny koncert w filharmonii. Choć musimy uważać, bo słuchaczy mamy wiernych. A to jakaś pani macha nam chusteczką z okna albo nestorzy z orkiestry słuchają i wyłapują, że graliśmy np. zbyt krótko – śmieje się S. Wiśniowski. Założycielem orkiestry i pomysłodawcą majowego grania był Kazimierz Fudalewicz. Odwiedzamy go w domu, bo – ze względu na wiek – już nie gra. Jego nazwisko widnieje na tabliczkach na wieży kościelnej. Każdego roku pojawia się tam nowa, dokumentująca, kto uczestniczył w porannym majowym graniu. – Najpierw, bo jeszcze przed wojną, grałem w orkiestrze Ochotniczej Straży Pożarnej. Władze komunistyczne zabroniły koncertować na wieży. Trzeba było kupić instrument za własne pieniądze – wspomina pan Kazimierz. Wspólnie z kolegą Stanisławem Tomczykiem, który miał instrument pożyczony od profesora ze szkoły muzycznej, jako pierwsi zaczęli grać na wieży. – Codziennie po odegraniu majówki żegnaliśmy się ze sobą, obawiając się represji ze strony komunistów. Zachęceni przez ks. proboszcza Bala do zawierzania Matce Boskiej, przetrwaliśmy z grą do końca maja – opowiada pan Kazimierz. I tak już przez przeszło pół wieku pieśni maryjne z okien nowotarskiej wieży rozchodzą się na trzy strony miasta i świata. A i widoki z wieży są piękne. Wszak rozpościera się stamtąd panorama trzech pasm górskich: Tatr, Gorców i Pienin.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama