Nowy numer 44/2020 Archiwum

Fordonek ciągle w akcji

Ratownictwo. Druhowie z ochotniczej straży Pożarnej w Szarowie do wypadków samochodowych na trasie A4 Kraków–Tarnów wyjeżdżają autem z 1980 roku. Jeśli zapali...

Położenie – w sensie geograficznym – Ochotniczej Straży Pożarnej w Szarowie jest dość szczególne. Obie najbliższe komendy powiatowe PSP oddalone są od niej o 20 (Wieliczka) i 15 (Bochnia) kilometrów. Ochotnicy blisko mają za to do niedawno powstałej autostrady Kraków–Tarnów. Właśnie w Szarowie znajduje się bowiem węzeł, który łączy A4 z drogą krajową nr 94. Tuż obok jest też skrzyżowanie w Targowisku, na którym wypadków nie brakuje – kiedyś w jego pobliżu ustawiony był nawet „czarny punkt” z zaznaczoną liczbą ofiar, które w tym miejscu zginęły lub zostały poszkodowane. Z drugiej strony jest Puszcza Niepołomicka, nad którą także muszą czuwać strażacy.

Nic więc dziwnego, że jednostka z Szarowa została kilka lat temu włączona do Krajowego Systemu Ratowniczo-Gaśniczego, co oznacza, że druhowie ściśle współpracują z wszystkimi krajowymi służbami ratowniczymi, nie ograniczając swoich wyjazdów tylko do własnej gminy. Umożliwiło to także zdobycie dotacji z Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Spora jej część poszła na dozbrojenie i przerobienie lekkiego samochodu gaśniczego na samochód do ratownictwa technicznego. Wyjeżdża on do wszystkich zdarzeń innych niż pożary, w tym m.in. do wypadków i kolizji na pobliskiej autostradzie. Za podstawę posłużył ford transit z 1980 roku, który w Szarowie służy od roku 2006.

Przygotowany do akcji

Samochód trafił do podkrakowskiej miejscowości z Niemiec (dokładniej z powiatu monachijskiego). W ramach partnerstwa powiatów został kupiony za 150 euro. – Więcej kosztowało paliwo potrzebne, żeby dowieźć go do Polski – wspomina Mateusz Dziedzic, naczelnik OSP Szarów. Ford ma czterobiegową skrzynię biegów i napęd na tylne koła oraz benzynowy silnik o pojemności 2 litrów i mocy 75 koni mechanicznych. Pali nawet 30 litrów na 100 kilometrów. – To wersja z automatycznym ssaniem. Niektóre wyjazdy na akcje są stosunkowo krótkie, więc zanim silnik się dobrze zagrzeje i wyłączy ssanie, my już wracamy – wyjaśnia M. Dziedzic. Do zalet „fordonka” – jak pieszczotliwie nazywają go druhowie z Szarowa – być może należałoby natomiast zaliczyć niewielki przebieg – niecałe 46 tys. kilometrów. Dobrze prezentuje się także wyposażenie samochodu. Zamontowana na dachu świetlna strzałka ostrzegawcza pomaga w zabezpieczeniu miejsca wypadku drogowego. W schowkach (w których nie ma zresztą zbyt wiele miejsca) umieszczone są m.in. sprzęt ratowniczy umożliwiający udzielenie kwalifikowanej pomocy medycznej, zestaw hydrauliczny z nożycami, rozpieraczami ramieniowym i kolumnowym, łańcuchami do odciągania kolumny kierowniczej, różnego rodzaju piły, pompa do wody, agregat prądotwórczy. By jednak z tych wszystkich narzędzi mógł być jakikolwiek pożytek, najpierw druhowie muszą dojechać na miejsce wypadku. I tu robi się „i straszno, i śmieszno”.

Jeszcze jeździ

Śmieszno, bo historia lżejszego wozu OSP Szarów to kopalnia anegdotek, które dobrze się opowiada, siedząc wieczorem przy grillu. Straszno, bo gdy ktoś czeka zakleszczony w samochodzie, który dachował na autostradzie, najcenniejsze są pierwsze minuty. A nigdy nie wiadomo, czy „fordonek” zapali. – Kilkakrotnie zdarzało się, że samochód rano nie ruszył, bo albo siadł akumulator, albo świece były zalane paliwem i trzeba było rozkręcić silnik i wywietrzyć. Bywało też tak, że samochód odpalił, ale po drodze nam „klęknął” i trzeba było holować go z powrotem do jednostki – opowiada naczelnik OSP Szarów. Problemem jest także zapanowanie nad rozpędzonym samochodem. – To już raczej spowalnianie niż hamowanie z prawdziwego zdarzenia – ocenia stan techniczny wozu bojowego M. Dziedzic. Lista usterek jest zresztą długa. Dwa lata temu hamulce całkiem odmówiły posłuszeństwa – po długich poszukiwaniach udało się znaleźć pasujące elementy w sklepie z częściami do maszyn rolniczych. Maska samochodu trzyma się tylko na jednym zawiasie (przegniła blacha na nadkolu, do którego kiedyś przymocowany był drugi z nich), instalacja elektryczna „działa jak chce”, stąd rozładowania akumulatora, a po nagrzaniu się silnika, gdy już wyłączy się automatyczne ssanie, samochód przygasa – jedyny sposób to położenie czegoś (strażacka latarka sprawdza się doskonale) na pedale gazu, by utrzymać wyższe obroty. Opony są stare, dlatego na mokrej nawierzchni strażacy fordem nie jeżdżą szybciej niż 60–70 km/h. W zimie to już zaawansowana akrobatyka. – Po powodzi w 2010 roku trochę połataliśmy i uszczelniliśmy podłogę, bo jak jeździliśmy po zalanych ulicach, lało się nam po nogach – mówi M. Dziedzic. – Teraz już sami nie wiemy, kiedy się zepsuje, a obsługa zdarzeń na autostradzie wymaga od nas szybkich i pewnych reakcji – dodaje.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama