Nowy numer 47/2020 Archiwum

Makino nie narzeka

Jubileusz niezwykłego DPS. Niegdyś był podmiejską oazą, stworzoną z woli hojnych dobroczyńców dla osób starych i chorych. Za komuny był umieralnią, gdzie stłaczano dwukrotnie więcej ludzi niż dawniej. Teraz znów stał się prawdziwym domem.

Jedno nie zmieniło się w nim od 125 lat – mieszkańcami, którzy czują się tu na tyle dobrze, że nierzadko dożywają 100 lat, wciąż opiekują się z oddaniem siostry szarytki. Prócz opieki medycznej, pielęgniarskiej i duchowej, wzmacniająco działa też otaczające piękno przyrody, ogrodu, obrazów i muzyki tworzonej przez artystów – podopiecznych współczesnego Domu Pomocy Społecznej im. Ludwika i Anny Helclów w Krakowie.

To jest lepszy gość

Nic dziwnego, że wiele osób chce tu zamieszkać, gdy sędziwy wiek lub choroba utrudniają im samodzielne funkcjonowanie. Tu odżywają na nowo. Niedawno Aleksander Kobyliński, legendarny bard Makino z krakowskiego Zwierzyńca, zamienił „apartament na Monte” na mieszkanie w Domu Ubogich im. Helclów. – Słyszołeś? Makino do Helclów poszed – słychać w okolicach zwierzynieckiego placu na Stawach. – Co?! Do ty umieralni? To kto bedzie chodził na mecze Cracovii, kto bedzie nam śpiwoł z „Andrusami”, kto pokazywoł na „Pięknej Alfredzie” lub „Dużej Baśce”, jak bije wawelski „Zygmunt”? – dziwi się starszy mieszkaniec Półwsia Zwierzynieckiego. Aleksander Kobyliński stał się propagatorem i odnowicielem folkloru zwierzynieckiego. „Piękna Alfreda” i „Duża Baśka” to imiona jednych z jego licznych gitar, na których wykonywał swój popisowy numer z naśladowaniem brzmienia „Zygmunta”. Jego legendę literacką zbudował swoimi wierszami zwierzynieckimi Jerzy Harasymowicz. „Jak pociąg, który wypadł z toru/ Makino zjawia się wśród kiziorów/ Na świecie mieszka kątem/ Ma apartament na Monte/ Makino to jest lepszy gość/ I zwierzyniecki trzyma fason” – pisał poeta w słynnym „Kinderskim tangu”.

Jesteśmy otwarci

Makino nie miał zapewne „apartamentu na Monte”, czyli nie siedział w więzieniu przy ul. Montelupich, ale literacki wizerunek zwierzynieckiego „andrusa” i „kiziora” wymagał, by dopisać mu i taki fragment biografii. Makina jednak niełatwo spotkać u Helclów. Naciągnąwszy kraciasty kaszkiet, zwany na zwierzynieckim przedmieściu znacznie dosadniej, poprawiwszy gustowną apaszkę, rusza „do miasta”: a to na koncert, a to na spotkanie z przyjaciółmi lub po prostu po to, by zerknąć okiem na zwierzynieckie kąty. Nikt go zresztą u Helclów nie trzyma na siłę, bo to nie więzienie. – Jesteśmy otwarci dosłownie i w przenośni. Można odwiedzać mieszkańców, do czego zachęcamy. Ci, którym pozwala na to zdrowie, mogą również wychodzić bez przeszkód poza obręb domu. W niedziele we Mszy św. w naszej kaplicy św. Anny mogą wziąć udział również ludzie z miasta – mówi Ewa Mosór-Radwańska, kierownik Działu Terapeutyczno-Opiekuńczego. – Na przełomie maja i czerwca udostępniamy również nasze ogrody. Wielu krakowian nie zna ich piękna, bo są ukryte za murami. Urządzamy wówczas m.in. warsztaty florystyczne. Młodzi filmowcy upodobali sobie z kolei nasze podziemia i często stają się one scenerią ich filmów. Urządzamy też zabawy karnawałowe. Przychodzą śpiewać na nich m.in. Alosza Awdiejew, Hanka Wójciak. Teraz zaś również „Makino” – dodaje E. Mosór-Radwańska. Jedyne, czego „Makino” może żałować, to tego, że u Helclów zarzucono teraz ponadstuletni obyczaj, by każdy mieszkaniec, bez wyjątku, dostawał do obiadu piwo, a ci, którym zalecił to lekarz – wino. On zaś, jak pisał Harasymowicz, „zawsze po piwie humor miał”. Innych powodów do narzekań nie ma.

Dom jak pałac

– Od dawna nie jesteśmy już „umieralnią”. Kieruję domem od 25 lat. Obecna liczba mieszkańców przekracza nieznacznie tę, jaką wyznaczył akt fundacyjny. To jednak o połowę mniej niż było wówczas, gdy obejmowałam funkcję dyrektora. Dom był wtedy przepełniony. Mieszkało tu 700 osób. Obecnie mamy 323 mieszkańców. Opiekuje się nimi 300 pracowników, m.in. lekarzy, pielęgniarek, terapeutów. Jesteśmy też sfeminizowani, bo mieszka u nas zaledwie 73 mężczyzn – mówi Barbara Grotkowska-Galata, dyrektor Domu Helclów w Krakowie. Dobra opieka powoduje, że wielu mieszkańcom przestano już śpiewać „Sto lat”, bo albo do setki dobijają, albo tę setkę przekroczyli. Najstarsza mieszkanka, pani Stefania, ma już 105 lat!

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama