Nowy numer 48/2020 Archiwum

Jak dotrzeć do Dobrych Portów?

Z Krakowa do Taizé. O podróży pełnej Bożych znaków i o tygodniu wyciszenia ze studentkami dziennikarstwa UPJPII Barbarą Rozmus i Eweliną Słomką rozmawia Paulina Smoroń

Paulina Smoroń: Na przełomie września i października byłyście w Taizé, na południu Francji. Drogę postanowiłyście pokonać autostopem. Nie bałyście się?

Barbara Rozmus: Oczywiście, gdzieś w głębi duszy trochę się obawiałyśmy, jednak przygoda z autostopem w tle już od dawna się nam marzyła... Ewelina Słomka: Basiu! Trzeba powiedzieć szczerze – nie miałyśmy pieniędzy, żeby tam inaczej dojechać. Wyruszyłyśmy, mając w portfelu po ok. 100 euro, ale tyle nam wystarczyło, a nawet jeszcze zostało.

A dlaczego akurat Taizé?

B.R.: To przeze mnie. (śmiech) Na spotkania europejskie (Pielgrzymkę Zaufania przez Ziemię) organizowane przez wspólnotę Taizé już dawno chciałam się wybrać. Niedawno mój znajomy zamieścił na Facebooku post o wiosce w Taizé. Wtedy marzenie odżyło. Zapytałam Ewelinę, czy chciałaby się tam wybrać razem ze mną. Miesiąc później byłyśmy na miejscu. W Taizé zafascynowało mnie, że ludzie, którzy się tam spotykają, są ponad wszelkimi podziałami i że łączy ich jedno – Jezus Chrystus.

E.S.: A ja czułam, że jest coś pociągającego w tym miejscu. Taizé znałam tylko z muzyki, która mnie zachwyciła.

W końcu wyszłyście z domu, z ogromnymi plecakami na sobie...

B.R.: I poszło nam zaskakująco dobrze. Nie musiałyśmy nawet zatrzymywać się w części miejsc, które wcześniej zaplanowałyśmy, a we Francji byłyśmy już dwa dni później!

Wierzycie, że Pan Bóg maczał w tym palce?

E.S.: Bez wątpienia! Kiedy teraz patrzę na tę podróż, widzę, że każdy kierowca po prostu był nam zesłany.

B.R.: Każdy z nich był też przez nas wymodlony. Przed kolejnymi odcinkami drogi prosiłyśmy Ducha Świętego o prowadzenie i opiekę, i tak faktycznie było! Co ciekawe, jeszcze w domu, przed wyjazdem, poprosiłyśmy Boga o słowo, które będzie nas prowadziło i dostałyśmy je! To był 27. rozdział Dziejów Apostolskich. Przeczytałam ten fragment na głos i wtedy już obie wiedziałyśmy, że się nam uda. Pan Bóg powiedział nam, że dotrzemy do „miejsca zwanego Dobre Porty”.

W podróży potrzeba Wam było także dużej wiary w ludzi.

E.S.: To prawda, chociaż dla mnie to była bardziej próba zaufania Bogu – czy rzeczywiście jestem otwarta na wszystko, co On ma dla mnie, czy jednak ucieknę przy najbliższej okazji. A nie wszystko szło zgodnie z planem. Gdy byłyśmy już bardzo blisko celu, zaledwie 30 km przed Taizé, Chorwat, z którym jechałyśmy, wysadził nas na stacji benzynowej. Było późno i bardzo zimno. Postanowiłyśmy tę noc spędzić na stacji, ale ruszyłyśmy dalej z samego rana. Wtedy już pieszo, nie autostopem.

B.R.: Gdy przeszłyśmy ok. 6 km, zatrzymało się jednak małżeństwo z Francji, które podwiozło nas pod samą furtkę naszych Dobrych Portów. Cały czas myślałyśmy, że gdy już będziemy na miejscu, to ktoś od razu się nami zajmie, oprowadzi, da coś do jedzenia...

Rzeczywistość była inna?

E.S.: Okazało się, że każdy był zajęty swoimi sprawami. Spędziłyśmy 3 godziny pod drzewem, czekając na powitanie o 15.30.

B.R.: Mimo to z każdą minutą podobało nam się tam coraz bardziej. Kiedy się tam przyjeżdża, człowiek nagle czuje, że jest wolny!

I co zrobiłyście z tą swoją wolnością?

E.S.: Obserwowałyśmy sielankowe życie... To była niedziela, a wioska w ten dzień trochę inaczej funkcjonuje.

B.R.: W końcu przywitał nas Tomek, który opowiedział nam o rytmie, jakim żyje wioska. Dostałyśmy też zakwaterowanie i... pracę.

Pracę? Chyba nie po to tam pojechałyście?

B.R.: Każdy, kto przyjeżdża do Tai- zé, musi wykonywać jakąś pracę. Nam przypadło w udziale zmywanie po kolacji, a innym osobom – sprzątanie toalet, zamiatanie, gotowanie czy dbanie o kościół...

E.S.: Warto dodać, że w Taizé rytm wyznacza modlitwa. Każdy dzień od niej się zaczyna, o 8.15, i choć nie jest to Msza św., jest wtedy rozdawana Komunia św. Eucharystię przyjmuje się w postaci chleba i wina, i każdy dostaje Pana Jezusa na dłonie.

Pewnie po raz pierwszy w taki sposób przyjmowałyście Komunię.

B.R.: To było bardzo mocne przeżycie. To był taki moment, w którym świadomie zdecydowałam, że biorę w swoje ręce moją relację z Jezusem. Zrozumiałam, że wiara jest najważniejszą sprawą w moim życiu.

E.S.: Trudne do opisania przeżycie. To symboliczne przyjęcie na dłoń świętego Ciała Jezusa pozwoliło mi bardziej świadomie uczestniczyć w Jego ofierze.

Podobno niezwykła jest też wieczorna modlitwa.

B.R.: Ta modlitwa jest przepiękna, bo opiera się na bardzo prostych śpiewach w wielu językach. Piękne było też to, że kiedy bracia już wychodzili z kościoła, wielu ludzi zostawało tam jeszcze na jakiś czas, żeby dalej śpiewać pieśni.

E.S.: Wieczorna modlitwa jest szczególnie wymowna i piękna w piątek. Wtedy wystawia się na środek krzyż. Młodzież w niewielkich grupkach podchodzi do niego i każdy dotyka go swoim czołem. To ma pokazać, że oddajemy Jezusowi całe swoje życie. To było coś niesamowitego!

B.R.: Kiedy przytuliliśmy się do tego krzyża, kiedy się o niego oparliśmy, to było bardzo wzruszające. Mimo że cały czas byliśmy we wspólnocie i mimo obecności innych osób, które przecież przytulają ten sam krzyż, każdy sam mierzył się ze swoim krzyżem. Ze mną ten moment zostanie na zawsze.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama