Nowy numer 42/2020 Archiwum

Zły fundament musiał runąć

Ich droga do bycia bliżej Pana zaczęła się... od filmu „Bóg nie umarł”. Potem musieli zmierzyć się z ciężką chorobą, a dziś Ula i Marcin mówią, że dzień bez uwielbienia to dzień stracony.

Film zobaczyli latem 2014 r., gdy jeszcze nie wiedzieli, co przed nimi. – Teraz we wszystkim kierujemy się zaczerpniętą z niego zasadą, że Bóg jest dobry cały czas – we wszystkim, więc za wszystko Mu dziękujemy. Nawet za doświadczenie choroby psychicznej, które było trudne, ale potrzebne, a Pan pomógł nam przez nie przejść – przekonuje Marcin, a Ula dodaje, że w najgorszych momentach do pionu postawiła ich Nowenna Pompejańska.

Przeciążenie

Oboje mają po 26 lat, małżeństwem są od 2011 r., a razem są 7 lat. Początki były burzliwe, bo Ula pochodzi z religijnej rodziny, dlatego pytania o wiarę ukochanego były czymś oczywistym. Marcin wychował się jednak w rodzinie ateistycznej, której rozmodlenie narzeczonej syna niezbyt się podobało. – W pewnym momencie Marcin powiedział nawet, że musimy się rozstać, ale tak się nie stało. Potem, gdy zachorował, teściowie mówili, że to przez „Kościół” – wspomina Ula. Objawy były bowiem zaskakujące i początkowo nikt ich nie rozpoznał. Marcin po nawróceniu, mając 20 lat, dzięki o. Markowi Donajowi, proboszczowi parafii św. Katarzyny, przyjął chrzest, bierzmowanie i Komunię św. Szybko zaczął mocno i ekspresyjnie przeżywać wiarę. W pewnym momencie wszystko jednak zaczęło się kręcić wokół niej i pracy, padło też podejrzenie o jego opętanie, a Ula nie wiedziała, co się dzieje z mężem. – W pierwszą sobotę listopada ubiegłego roku poszłam do kościoła przy ul. Bulwarowej na Mszę św. z uwielbieniem i modlitwą o uzdrowienie. Marcin słuchał transmisji przez internet. Nagle – choć miał nogę w gipsie – zobaczyłam, że wbiega do kościoła, krzycząc, by zajął się nim egzorcysta. Ksiądz nie miał jednak wątpliwości, że bardziej potrzebny jest szpital. Mąż trafił tam jeszcze tego samego dnia, a ja zostałam sama z dwójką małych dzieci – opowiada. Marcin: – To był czas, gdy mój umysł dostawał ogromną liczbę bodźców, z którymi sobie nie radził. W pracy czułem przeciążenie – jeden z kolegów został ranny podczas wykonywania obowiązków, ale nie dostał odpowiedniej pomocy, a na mnie spadło więcej pracy. Bałem się również, by i mnie nie stała się krzywda. Dużo działo się też na płaszczyźnie duchowej, co trochę mnie przerastało. Wierzę jednak, że przed całkowitym upadkiem uratowała mnie i nas modlitwa. W szpitalu Marcin musiał się przede wszystkim wyciszyć, dlatego modlitwa (różańcowa) była tylko o określonej godzinie. Nie wiedział, że i żona modli się w domu o ustalonej porze. Zostali wysłuchani. – Nowennę Pompejańską zaczęłam odmawiać jeszcze przed tym, jak mąż trafił do szpitala. Skończyłam kilka dni przed jego powrotem domu, a wyszedł nie do końca wyleczony, bo lekarka zaufała, że będę się nim dobrze opiekować. I rzeczywiście, wracał do sił – mówi Ula.

Oczyszczenie

Kolejne trzy miesiące Marcin spędził na oddziale dziennym. Cały czas był też na silnych lekach, próbował radzić sobie z obowiązkami domowymi i dokończyć pisanie pracy licencjackiej, którą ostatecznie (z pomocą Ducha Świętego i kilku świętych) obronił na 4. W tym czasie Ula kończyła ostatni semestr studiów i opiekowała się dziećmi. Gdy wydawało się, że wychodzą na prostą, we wrześniu choroba wróciła. Bodźców znów było za dużo. Gdy Ula zawiozła męża do szpitala, na Facebooku poprosiła grupę wsparcia o modlitwę. – Ruszył wtedy szturm do nieba. Mąż dość szybko został wypisany do domu, ale ja byłam przerażona, bo wiedziałam, że wraca jako człowiek chory, który nie kontroluje tego, co mówi i jak się zachowuje. Po trzech dniach, gdy próbowaliśmy rozmawiać, stało się coś, co dla nas jest cudem. Z chwili na chwilę z osoby bardzo pobudzonej stał się spokojny, zdrowy. Objawy ustąpiły i nie wróciły – nie kryje wzruszenia Ula. – Na nasz ślub wybraliśmy słowa Ewangelii o budowaniu domu na skale. Dziś rozumiem, że przez lata wewnętrznie budowałem się z piasku i na piasku. Taki „fundament” musiał runąć, a fundament wiary zaczął rosnąć dopiero, gdy przyjąłem sakramenty. Potrzeba było jednak oczyszczenia i w czasie kryzysu Bóg wylał na mnie kubeł zimnej wody. Po tej kąpieli niewiele zostało z dawnego mnie, a Bóg cierpliwie czekał, aż pozwolę Mu na dobre we mnie działać – nie ma wątpliwości Marcin.

Umocnienie

Młodzi małżonkowie opiekę nieba czują nie tylko w ciężkich chwilach, ale także w zwykłej codzienności. – Ukochanym synem Ojca poczułem się w niezwykłej chwili. Witek, nasze młodsze dziecko, począł się, gdy zaangażowałem się w zbieranie podpisów podczas akcji „Jeden z nas”. Lekarz mówił, że z medycznego punktu widzenia nie powinno się to wtedy stać. Gdy Witek się urodził, nad ranem wróciłem do domu i ogarnęła mnie niezwykła radość. Poczułem, jakby ktoś mnie obejmował. Płakałem ze szczęścia, że łaska aż się nade mną przelewa – opowiada Marcin. Z kolei Ula podkreśla, że Bóg troszczy się nawet o ich finanse, choć czasem ciężko związać koniec z końcem. – Mimo że niewiele mamy, oddajemy Panu dziesięcinę, ufając, że zawsze zostanie nam kilka groszy. I zostaje, a potem ktoś niespodziewanie nam pomaga. Zdarzyło się nawet, że pieniądze znalazłam w wypożyczonej książce – dokładnie tyle, ile było trzeba – opowiada i dodaje, że tym, co najbardziej zbliża do Boga, jest wzrost duchowy pod opieką stałego spowiednika. Gdy „upatrzyła” sobie pewnego księdza, trzy razy próbowała z nim porozmawiać i zawsze jej uciekał, a wychodził inny kapłan. – W końcu byłam pewna, że to jego Pan wskazuje, a podczas pierwszej spowiedzi czułam, jakbym rozmawiała z samym Bogiem. Ksiądz mówił rzeczy, których nie miał prawa o mnie wiedzieć. Jakby czytał we mnie – zapewnia Ula.

Małżonkowie postanowili podzielić się swoją historią z nadzieją, że komuś ona pomoże, lecz ze względu na wydarzenia, jakie są przed Marcinem, nie podają swojego nazwiska, a Czytelników „Gościa” proszą o modlitwę.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama