Nowy numer 3/2021 Archiwum

W habicie i fartuchu

Jubileusz benedyktynek w Staniątkach. – My mamy wielbić Boga przez wspólną modlitwę i życie w siostrzanej wspólnocie. Musimy też, oczywiście, zapracować na swoje utrzymanie – wyjaśnia s. Stefania, ksieni opactwa w Staniątkach.

Większość sióstr z tej wspólnoty jest już w podeszłym wieku. – Najstarsza z nas ma 94 lata, trzy siostry są już po 80. roku życia, a kilka – po 70. Najmłodsza ma 45 lat. Modlimy się i pracujemy. Takie jest nasze powołanie. Pracy fizycznej jest nawet więcej niż modlitwy, bo jest nas mało, a przecież to, co konieczne, musi być wykonane. Mamy do utrzymania dom dla gości, kościół, klasztor, a oprócz tego trzeba wykonać prace w kuchni i ogrodzie. Oczywiście te siostry, które nie mają już sił, nie pracują – opowiada s. Benedykta. Czy brak powołań może budzić niepokój o przyszłość opactwa? Siostra Stefania przywołuje spostrzeżenie s. Małgorzaty Borkowskiej, historyk mieszkającej od kilku lat w opactwie w Staniątkach, która badała jego ośmiowiekową historię i doszła do wniosku, że w przeszłości różnie tutaj bywało z powołaniami. Były bowiem okresy liczebnego rozkwitu wspólnoty, które jednak przechodziły w czasy trudniejsze, gdy nie było powołań. – Trzeba ufać Opatrzności Bożej, ale też robić jak najlepiej to wszystko, co od nas zależy – wnioskuje s. Stefania.

Karpie, kwiaty i słodycze

Gdy w 2009 r. s. Stefania przyjechała do Staniątek, aby pełnić posługę ksieni, stwierdziła, że siostry nie mają żadnego źródła utrzymania, poza niedzielną tacą i kilkoma rentami z najniższymi stawkami. A tymczasem koszty utrzymania kościoła i klasztoru były ogromne. Co więcej, wymagały one koniecznych remontów. Priorytetem było więc dla niej wymyślenie i znalezienie sposobu zarobkowania, aby utrzymać obiekty. – Gdy zamieszkałam w tym klasztorze, od razu zrozumiałam, że trzeba natychmiast coś zrobić, aby mógł on normalnie funkcjonować, a – jak wiadomo – do tego muszą być stałe źródła utrzymania. Dlatego zaraz postanowiłam odremontować nasze szklarnie. Dzięki temu mogłyśmy rozpocząć uprawę pomidorów i ogórków. W szklarni miałyśmy też chryzantemy, które sprzedawałyśmy przed uroczystością Wszystkich Świętych – wspomina. Później zdecydowała, że trzeba odnowić dwa stawy znajdujące się na terenie przyklasztornym. Przed laty słynęły z hodowli karpia. Oba były w opłakanym stanie, zarośnięte krzakami i szuwarami. Po wykonaniu niezbędnych prac pierwszy z nich zarybiono karpiami królewskimi. Na święta Bożego Narodzenia w 2012 r. mniszki po raz pierwszy od wielu lat sprzedawały ryby. Dziś siostry pracują na utrzymanie na miarę swoich sił fizycznych. Każda, ile może. Oprócz karpia i kwiatów sprzedają także swoje przetwory, miody, ciastka. Można je kupić również w sklepiku w opactwie w Tyńcu. Prowadzą również dom dla gości, do którego można przyjechać, aby się wyciszyć, odprawić prywatne lub grupowe rekolekcje. Niekiedy ludzie patrzący od zewnątrz na klasztor w Staniątkach myślą, że siostry w zakonie kontemplacyjnym – a takim są przecież benedyktynki – nic nie robią, tylko się modlą. – Kiedyś, sprzedając karpie, słyszałam nawet, jak jedna z pań kupujących u nas powiedziała do drugiej, że „wreszcie siostra założyła fartuch”. Nie wiedziała o tym, że my zakładamy fartuch już od chwili, kiedy wstępujemy do klasztoru. Na odpowiednie godziny nosimy habit, a do pracy wkładamy fartuch. Do chóru na modlitwę przychodzimy zawsze w habicie. W ciągu dnia kilka razy odbywa się taka „przebieranka”. Robimy to dla Pana Boga. Wiadomo, że na modlitwę nie pójdziemy brudno ubrane. Święty Benedykt mówił, żebyśmy godnie przebywali wobec Boga i że wyraża się to także przez strój na wspólnej modlitwie – uśmiecha się s. Stefania.

Bolesna przeszłość

W roku 2016 mija dokładnie 800 lat od przybycia benedyktynek do Staniątek. Wyjątkowość staniąteckiego opactwa polega między innymi na tym, że przez osiem wieków, bez żadnej przerwy, trwało tutaj życie modlitewne. Tak było nawet podczas okupacji hitlerowskiej. Wtedy mniszek nie wysiedlono. A one w tych trudnych czasach nie tylko modliły się wolność o Polski, lecz z narażeniem życia organizowały w klasztorze tajne nauczanie i robiły to obok stacjonujących w budynku szkolnym (należącym do opactwa) wojsk niemieckich. W klasztorze dawały schronienie poszukiwanym przez gestapo Żydom, żołnierzom Armii Krajowej, a od końca 1944 r. także sierotom. Dwukrotnie okupanci przeprowadzili w klasztorze rewizję. Wówczas schronieniem dla poszukiwanych stawał się podziemny grobowiec. W okresie rządów komunistycznych benedyktynki były surowo represjonowane. Już w 1945 roku ówczesne władze Polski Ludowej zabrały im lasy klasztorne, a rok później – kilkaset hektarów ziemi, która w znacznej części od siedmiu wieków należała do opactwa. Ale najgorsze miało przyjść kilka lat później. W 1953 r. władze PRL zlikwidowały przyklasztorne liceum i gimnazjum. Rok później Wojewódzka Rada Narodowa w Krakowie bezprawnym aktem postanowiła zlikwidować konwent sióstr. – Z 30 na 31 lipca siostry otrzymały nakaz opuszczenia konwentu. Mieszkało ich wtedy tutaj 56. Zostały siłą przetransportowane do klasztoru bernardynów w Alwerni. Mogły zabrać to, co uważały za konieczne. Do opustoszałego opactwa UB przywiozła ponad 100 sióstr służebniczek śląskich, dla których zorganizowano tutaj „ośrodek socjalistycznej reedukacji”. Taki stan trwał do politycznej odwilży w 1956 roku. Wtedy pozwolono benedyktynkom wrócić do Staniątek. W Wigilię Bożego Narodzenia przyjechało kilka z nich. Przeprowadzka pozostałych trwała do 7 stycznia 1957 r. – opowiada s. Benedykta.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama