GN 43/2020 Archiwum

Cały świat pod dachem

Noclegi na ŚDM. – Zmęczony pielgrzym będzie wdzięczny za kawałek podłogi, ciepłą wodę i za to, że jest chciany. Że otwiera się przed nim drzwi domu i serca – przekonuje Marzena Wójcicka.

Za 5 miesięcy pod Wawelem pojawić się może nawet 2,5 mln młodych pielgrzymów z całego świata. Dotąd chęć przyjazdu do Krakowa zgłosiło 576 607 osób ze 162 krajów świata. Na razie nie da się jeszcze określić, ile noclegów będzie potrzeba na Światowe Dni Młodzieży (pierwsze szacunki będą znane pod koniec lutego), ale można się spodziewać, że ok. 400 tys. osób wybierze pakiet z noclegiem w domach, szkołach (i innych placówkach), polach namiotowych itd.

Wystarczy tak niewiele

– Najlepszą formą zakwaterowania uczestników ŚDM są noclegi u rodzin. Dla gospodarzy to niezwykła okazja, by poznać i posłuchać tego, jak wierzą i czym żyją młodzi z całego świata. To także szansa, aby podzielić się polską tradycją, kulturą i słowiańską serdecznością – przekonuje Ewa Korbut z Biura Prasowego ŚDM. Jak podkreśla, wymagania nie są duże: wystarczą zaledwie 3 mkw. miejsca w mieszkaniu i dostęp do łazienki. – Młodym nie trzeba ani organizować czasu, ani zostawiać kluczy do domu. Pielgrzymi będą wychodzić rano, o godzinie wskazanej przez gospodarzy, jeśli ci wychodzą wcześnie. Wracać będą po wydarzeniach centralnych, wieczorem. Będą mieć ze sobą karimaty i śpiwory – dodaje E. Korbut. Jeśli rodzina może poczęstować gości śniadaniem, będzie to miły gest dla pielgrzyma. Nie jest to jednak konieczne, bo jeśli naprawdę byłby to problem, śniadanie zapewni komitet parafialny. Do Komitetu Organizacyjnego cały czas spływają dane z komitetów parafialnych (czyli deklaracje przyjęcia pielgrzymów zdobyte podczas tzw. kolędy). Kapłani nie ukrywają jednak, że – mimo próśb i zachęt – chęć przyjęcia pielgrzymów zgłasza o wiele za mało osób niż potrzeba. Deklarację wciąż jednak można pobrać ze strony: www.krakow2016.com i oddać do komitetu parafialnego.

Traktowali nas jak synów

– Boję się, czy pielgrzymi poczują się u nas chciani. A w Australii ludzie wiwatowali na naszą cześć, śpiewali, klaskali i cieszyli się, że jesteśmy... – mówi ks. Grzegorz Lenart, wikariusz parafii Matki Bożej Różańcowej w Krakowie-Piaskach Nowych. Część ludzi, zwłaszcza starszych, niesłusznie obawia się, że będą musieli zajmować się pielgrzymami, dowozić ich, przygotowywać jedzenie. – Inni – co jest smutne – mówią wprost, że na czas ŚDM chcą wyjechać z Krakowa. Są też osoby, które mają dużo miejsca, ale boją się przyjąć pielgrzymów, bo nie wiedzą, kim oni będą ani z jakich krajów przyjadą. Tłumaczę, że to będą chrześcijanie, więc nie ma czego się bać. I że skoro młody człowiek wydaje pieniądze na bilet do Polski i na pakiet pielgrzyma, to po to, by spotkać się z Bogiem, papieżem i z mieszkańcami naszego kraju. Ugośćmy ich – zachęca ks. Grzegorz, który na ŚDM był dwa razy – w Kolonii (miał wtedy 17 lat) i w Sydney. Pobyt u rodzin wspomina z wielkim wzruszeniem. – Prawdą jest, że pielgrzym może spać wszędzie i wymiar duchowej pielgrzymki zależy od niego samego. Jadąc na ŚDM, w głębi serca marzy jednak, by trafić do rodziny. I nie chodzi o wygodę, ale o bliższe poznanie ludzi z danego kraju. O to, by zobaczyć, jak przeżywają swoją wiarę. Nocując w szkole, nie doświadczy się tego. W rodzinie noce są długie, bo spędza się je na rozmowach – tłumaczy. Co ważne, nawiązane znajomości i przyjaźnie wszyscy chcą potem podtrzymywać. – Z „moimi” rodzinami nadal wysyłamy sobie kartki na święta – opowiada ks. Lenart. Podczas ŚDM w Kolonii w pierwszym tygodniu nocował u rodziny pochodzącej z Suchej Beskidzkiej, a że jest ze Spytkowic, to na dzień dobry poczuł się jak w domu. W drugim tygodniu na dwa dni trafił do Marii i Helmuta. – Nie mieli swoich dzieci, więc gości traktowali jak synów. Wszędzie chcieli nas wozić, rano częstowali śniadaniem, dawali też prowiant na cały dzień i kieszonkowe, żebyśmy sobie coś kupili. Kolejne dni spędziliśmy u protestantów, którzy od progu powiedzieli: „Tu są klucze, tam lodówka, jesteście u siebie”. A my byliśmy wdzięczni, że po prostu nas chcą – opowiada ks. Grzegorz. Wyjazdy na ŚDM były dla niego umocnieniem w wierze, choć jadąc do Kolonii, nie do końca rozumiał ideę ŚDM. Będąc na miejscu, szybko pojął, o co chodzi. – W Polsce mówi się, że młodzi z Kościoła odchodzą i że jest ich mało. A mnie podczas czuwania przed Mszą św. z udziałem papieża Benedykta XVI uderzyło, jak nasz Kościół jest wielki. W plenerze, w wielkim skupieniu przed Najświętszym Sakramentem, modliło się ponad 2 mln młodych ludzi! Atmosfera była niezwykła i czułem, że na spotkanie z Jezusem nie idę sam, że młodych chrześcijan nie brakuje – wspomina.

Zobaczyłam wspólnotę

Dwa razy na ŚDM była też Magdalena Klasa, obecnie początkująca wolontariuszka ŚDM Kraków 2016. – Najpierw poleciałam do Sydney, głównie po to, by zobaczyć ten kraj, mniej byłam nastawiona na przeżycia duchowe. W drugim tygodniu zaczęłam jednak rozumieć, o co w tym wszystkim chodzi – zobaczyłam wspólnotę młodych chrześcijan. Podczas Mszy św. z papieżem bardzo zaskoczył mnie chłopak z Dominikany, który widząc, że jest nam zimno, dał nam swoją kurtkę i folię termiczną. A potem dzieliliśmy się jedzeniem. To było wzruszające – opowiada. Podczas Tygodnia w Diecezjach była w Melbourne, gdzie mieszka dużo naszych rodaków – zarówno osób, które z Polski wyemigrowały po II wojnie światowej, jak i tych, które wyjechały w stanie wojennym. – Wszyscy bardzo się cieszyli, że mogą się spotkać z młodym pokoleniem Polaków, a rodzina, do której trafiłam z dwiema koleżankami, opiekowała się nami, jak tylko mogła. Gdy zmęczone, zmarznięte i zmoknięte wracałyśmy wieczorem, bardzo doceniałyśmy, że mamy ciepłe łóżko (a przecież wystarczy podłoga!) – mówi Magda. Jej walizka do Australii dotarła kilka dni po niej i gdyby nie to, że trafiła do rodziny, miałaby problem. – W lipcu jest tam zima i choć w dzień jest ciepło, to wieczorem temperatura spada, a ja zostałam bez kurtki, czapki, szalika. Na szczęście „moja” rodzina miała córkę, która już nie mieszkała w domu, ale wciąż były tam jej ubrania. Mogłam je pożyczać – wspomina. Po raz drugi na ŚDM pojechała do Madrytu. – To był już bardziej świadomy wyjazd – należałam do grupy istniejącej przy mojej sercańskiej parafii (w której cały czas działam) i najpierw pojechaliśmy na międzynarodowe spotkanie sercańskiej wspólnoty młodych, a potem na ŚDM. Mieszkaliśmy w szkole i choć taki nocleg ma swój urok, to pobyt w domu daje coś więcej. To ludzka serdeczność – podkreśla.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama