Nowy numer 48/2020 Archiwum

Jezu, później do Ciebie przyjdę...

Ambasadorzy ŚDM. O współcierpieniu z Chrystusem i marzeniu o kromce chleba z Urszulą Smok – założycielką Fundacji „Podaruj Życie” – Ośrodek Pomocy Osobom z Chorobami Krwi i Nowotworami

Monika Łącka: Wiesz, że słowa będące hasłem Światowych Dni Młodzieży: „Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią” są też o Tobie? Od lat pomagasz chorym i cierpiącym oraz ich rodzinom...

Urszula Smok: Gdy dostałam zaproszenie do grona ambasadorów ŚDM, przeżyłam szok. Zastanawiałam się, czy je przyjąć – nie wiedziałam, czy jestem godna tego wyróżnienia. Robiłam różne analizy, dzieląc wręcz miłosierdzie na wiele części. (śmiech) Rozumiałam jednak, że to wielki zaszczyt. A jeśli chodzi o bycie miłosierną... Dla osób działających w organizacjach pozarządowych – tak jak ja – najważniejsze jest dobro drugiego człowieka. Pewnie jesteśmy bardziej wrażliwi i empatyczni, a miłosierdzie jest dla nas czymś tak oczywistym, że chwilami nawet nie zwracamy na nie uwagi. Dzięki temu zaproszeniu uświadomiłam sobie wiele spraw.

Gdy poprosiłam Cię o rozmowę, powiedziałaś, że właśnie zrozumiałaś, iż do bycia ambasadorką ŚDM byłaś przez Pana Boga od dawna przygotowywana.

Bo tak było. Uświadomiłam sobie, że Boże miłosierdzie od zawsze jest nade mną i że cały czas czuję wsparcie z góry – zarówno w życiu prywatnym, jak i zawodowym. W momencie, kiedy chorowałam, doświadczyłam mocnej opieki Pana Jezusa. Od tego czasu stał mi się bardzo bliski. Wiara zawsze była dla mnie bardzo ważną sprawą, niedziela bez Mszy św. nie istniała, ale wtedy jeszcze bardziej się to we mnie pogłębiło. Co ciekawe, cały czas uważałam, że wiara jest sprawą prywatną – nigdy nikomu nie narzucałam swojego stylu życia. Teraz otwieram się po raz pierwszy – może właśnie po to zostałam ambasadorką ŚDM, by dać świadectwo tego, co było moim udziałem? Nie jest to jednak łatwe.

Powiedziałaś też, że przeżyłaś wiele z tego, co przeżył Jezus – że był On Twoim towarzyszem w cierpieniu. Zaskoczyłaś mnie tym i wzruszyłaś.

Jeszcze przed diagnozą poznałam ks. Mariusza Starczewskiego (nie pochodzi z naszej diecezji, obecnie posługuje na Sycylii), który pomógł mi duchowo uporządkować wiele spraw. Należał do Odnowy w Duchu Świętym i gdy już byłam chora, wziął mnie na spotkanie swojej grupy. Nikomu nie mówił, że mam białaczkę, a po mnie nie było nic widać – nie dostałam chemii dożylnej, tylko doustną i paradoksalnie wyglądałam jak okaz zdrowia. Miałam włosy, a wyniki morfologii były idealne. Dopiero głębsze badanie szpiku kostnego pokazywało, że walczę o życie. Na tym spotkaniu ks. Mariusz poprosił zebranych o modlitwę nade mną. Jedna z osób wypowiedziała wtedy słowa: „Nie lękaj się, Ja jestem z tobą”. Wiedziałam, że to są słowa, które mówi do mnie Jezus.

I zaufałaś w ciemno, że cokolwiek się stanie, jesteś bezpieczna?

Ufałam i wiele spraw odnosiłam do męki Chrystusa. Przeszczep szpiku miałam w piątek, czyli w dzień śmierci Jezusa. I od piątku do niedzieli ja, która do tej pory zawsze byłam silna, przeszłam potężne załamanie. Wszystko bardzo źle znosiłam. A w niedzielę nagle się z tego podniosłam i nastąpiła poprawa. Później, podczas 5-miesięcznego pobytu w szpitalu na skutek powikłań po przeszczepie, mogłam stracić jelito. W efekcie przez ponad miesiąc nie mogłam nic jeść, byłam żywiona pozajelitowo. W tym czasie marzyłam o kromce chleba – w chorobie marzenia bardzo się przewartościowują. Gdy w końcu dostałam bezglutenowy wafel, pocałowałam go ze szczęścia i wzruszenia. Ten mój post odniosłam do 40-dniowego postu Jezusa na pustyni. Ktoś może powiedzieć, że to wszystko było tylko zbiegiem okoliczności, ale ja widzę to inaczej.

Nie kłóciłaś się z Bogiem, czemu musisz tak cierpieć?

Jasne, że czasem się kłóciłam, ale dotyczyło to innych spraw. Informację o chorobie po prostu przyjęłam do wiadomości i nie roztrząsałam jej. Był jednak moment buntu. Któregoś dnia lekarze poinformowali rodziców o moim bardzo ciężkim stanie, przygotowując ich na najgorsze. Mnie nikt nie powiedział, że jestem w podbramkowej sytuacji, jednak wyczułam wokół siebie śmierć. Pamiętam tę noc, bo całą ją przepłakałam. W końcu nad ranem powiedziałam: „Panie Boże, Ty czekasz na mnie, ale ja jeszcze się do Ciebie nie wybieram, mam zbyt wiele do zrobienia, później do Ciebie przyjdę...”.

Odpowiedział na takie rozpaczliwe wołanie?

Wtedy, w szpitalu, dopiero po tych słowach usnęłam. Ale był też inny bardzo ciężki moment, w którym Jezus pokazał, że jest ze mną. Przed przeszczepem, gdy byłam jeszcze w domu, poznałam wyniki wcześniejszych badań i zrozumiałam, jak bardzo lekarze je zaniedbali i skazali mnie na chorobę. A wystarczyło, aby rok wcześniej odpowiednio zareagowali na morfologię, którą miałam bardzo złą – można było zastosować leczenie farmakologiczne i nie miałabym białaczki. Byłam tym zszokowana. Aby ukoić myśli, zaczęłam się modlić. To był czas, gdy duchowo prowadził mnie ks. Mariusz. Nagle w czasie modlitwy zobaczyłam – jak z lotu ptaka – Jezusa na krzyżu. I zaraz po tym poczułam to, co On czuł, umierając. W pierwszej kolejności był to ogromny ból i cierpienie spowodowane naszymi grzechami. Coś niewyobrażalnego. Następnie, pomimo tego bólu, poczułam nieziemską, trudną do opisania miłość Jezusa do nas wszystkich. Cierpienie i miłość były ze sobą splecione! Gdy dostałam zaproszenie do bycia ambasadorem ŚDM, uświadomiłam sobie, jak mogę zobrazować tę miłość. Do tej pory brakowało mi odpowiednich słów, aby wyrazić coś tak wyjątkowego, czystego, niepojętego dla nas.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama