Nowy numer 48/2020 Archiwum

To walka z siłami ciemności

Akademia Obrońców Życia. Wiedzą, że życie może być piekłem, a żeby je zniszczyć, nie trzeba kogoś zabić – czy to nienarodzonego, czy obłożnie chorego. Klaudia i Ania – dziś w AOŻ – przyznają, że w swoim życiu, choć mają około 20 lat, doświadczyły prawdziwego mroku.

Małgorzata mówi, że obrona życia to jej  obowiązek jako kobiety, matki i lekarza. Dorota przychodzi na spotkania AOŻ, bo dzieci w łonach matek nie mogą same przemówić. – Chcę być po części ich głosem – mówi. Siostra Gabrysia: – Dla mnie życie to pierwszy i fundamentalny dar, który człowiek otrzymuje od Boga. Nie wyobrażam sobie, że można to życie – i to bezbronne, i niewinne – niszczyć. Tomasz, psycholog: – Nie możemy być bierni. Piotr Podlecki, ojciec siedmiorga dzieci, lider Akademii: – Dzieci zabijać nie wolno i dopóki choć jedno dziecko w Polsce może być zamordowane, nie będę milczał.

Świeccy na pierwszej linii

P. Podlecki podkreśla, że Akademia Obrońców Życia to inicjatywa oddolna. Chodzi o formowanie świeckich do walki w obronie życia. – Chcemy stworzyć grupę, która jest merytorycznie przygotowana, zakorzeniona w nauce Kościoła, ale i zorientowana we współczesnej nauce, medycynie – wyjaśnia. Także dlatego, że argument „kościelny” zwolennikom np. aborcji łatwo jest odeprzeć. – A przecież ja nie bronię życia, bo jestem katolikiem, tylko dlatego, że jestem człowiekiem – podkreśla P. Podlecki. – To świeccy są na pierwszej linii frontu obrony życia – mówi o. Krzysztof Niewiadomski, kapucyn, duchowy opiekun Akademii Obrońców Życia. – To oni żyją w rodzinach, spotykają się z osobami, do których księża nie mogą dotrzeć. Jest ich też więcej – tłumaczy. Zaznacza jednak, że w formacji obrońców życia jest miejsce dla kapłana. – Opieka duchowa, Eucharystia to zakotwiczenie w Bogu, które daje siłę. To przecież jest walka z siłami ciemności, którą trudno jest toczyć o własnych siłach – przekonuje o. Krzysztof.

Nie tylko konferencje

Spotkania Akademii odbywają się co tydzień w czwartki w kościele kapucynów przy ul. Loretańskiej. Rozpoczyna je Msza św., po której następuje uroczyste błogosławieństwo kobiet w ciąży, rodzin z dziećmi, par modlących się o potomstwo. Dalszy ciąg bywa różny – wykłady, konferencje, prelekcje, pokazy filmów, dyskusje. To wszystko pozostaje trochę w ukryciu, ale Akademia Obrońców Życia ze swoimi działaniami wychodzi także na zewnątrz. Jest m.in. jednym z głównych organizatorów Marszu dla Życia i Rodziny, w którym biorą udział tysiące osób. Jej członkowie prowadzą ewangelizacje pro life w parafiach (także poza diecezją krakowską), organizują przeglądy filmów (podczas jednego z nich filmy o tematyce związanej z obroną życia były wyświetlane przez dwa dni, jednocześnie w dwóch wypełnionych widzami salach), udzielają się w mediach. Z Akademii wyszedł też impuls, by wydać po polsku książkę Karin Struck „Widzę moje dziecko we śnie”. – Ta książka wywołała spore poruszenie i jest jedną z ważniejszych publikacji o obronie życia na polskim rynku – mówi P. Podlecki. Akademia Obrońców Życia działa też poza granicami naszego kraju. Od 8 lat jej członkowie jeżdżą na Białoruś i prowadzą tygodniowe rekolekcje dla tamtejszych liderów pro life. – Mieliśmy też swoje akcje na Litwie, jeździliśmy do Polonii w Norwegii, byliśmy zapraszani na Litwę, pomagaliśmy obrońcom życia z Czech – wylicza lider wspólnoty. – Pan Bóg się nami posługuje.

Zderzenie z rzeczywistością

Na Marszach dla Życia i Rodziny atmosfera za każdym razem jest radosna. I tak ma być. Kiedy jednak pojawia się temat aborcji i bezbronnych, nienarodzonych dzieci, brutalnie zabijanych, przestaje być kolorowo. Ludzie z Akademii wiedzą, że życie może być piekłem, a żeby je zniszczyć, nie trzeba kogoś zabić – czy to nienarodzonego, czy obłożnie chorego. Klaudia i Ania – dziś w Akademii Obrońców Życia – przyznają, że w swoim życiu, choć mają około 20 lat, doświadczyły prawdziwego mroku. Rodzice Ani rozstali się, mama zachorowała, a tata wyjechał. Ona zamieszkała z babcią. – Była dla mnie bardzo dobra. Miałam wszystko, ale nie miałam rodziców – opowiada. Stopniowo traciła nadzieję na poprawę swojego losu, a wraz z nią – wiarę. Depresja, alkohol, narkotyki, okultyzm – w tym szukała ratunku. – Chciałam uciec w inną rzeczywistość. Przepełniała mnie nienawiść do świata i do samej siebie – wspomina. Próbowała znów zamieszkać najpierw z mamą, potem z tatą, ale – jak sama mówi – było już za późno. Celem stało się zde- ptanie wszystkich wartości, ze swoim życiem włącznie. Zaczęła się głodzić i po pół roku wylądowała w szpitalu w stanie zagrożenia życia. – Byłam wtedy gorącą zwolenniczką aborcji, eutanazji, eugeniki. Wierzyłam, że są ludzie lepsi i gorsi, jedni zasługują na życie, inni nie – mówi Ania. – Dziś wiem, że Bóg przez cały ten czas był przy mnie. Przełom przyszedł jakiś czas później, gdy pracując w objazdowym teatrze, trafiła do domu opieki społecznej. Grali „Kopciuszka”. – Musiałam stanąć oko w oko z tymi, którym odmawiałam prawa do życia – opowiada Ania. Po przedstawieniu podeszła do niej jedna z niepełnosprawnych podopiecznych placówki i mocno ją przytuliła. – Wybrała akurat mnie. Coś we mnie wtedy pękło – wspomina dziewczyna.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama