Nowy numer 43/2020 Archiwum

Powiedzieliśmy: Ty nami kieruj

– Droga mojego powrotu do Boga jest dla mnie niepodważalnym dowodem, jak bardzo Mu 
na nas zależy. I dlatego dał nam Matkę 
– mówi Justyna.

Miała bardzo religijnych rodziców. Zawsze widziała ich jako ludzi oddanych Bogu i chcących tak żyć, aby się Mu podobać. – Mama i tata 8 lat czekali na moje narodziny. Zawsze mówili mi, że jestem dzieckiem wymodlonym. Byłam więc kochana i miałam kochających się rodziców, którzy nieustannie dawali mi odczuć, że jestem dla nich skarbem. Wtedy nic nie zapowiadało, że sama mogę to wszystko chcieć zniszczyć – opowiada dziś 35-letnia Justyna.
Jej rodzice należeli do Domowego Kościoła. – Do tej wspólnoty trafiliśmy, gdy Justyna była małym dzieckiem. Bardzo szybko odkryliśmy, że formacja duchowa w Domowym Kościele umacnia nas we wzajemnej miłości i zbliża do Boga. Nic dziwnego, że chcieliśmy córce przekazać to, czym żyliśmy, czyli jak bardzo ważna jest dla człowieka miłość Boga i nasza odpowiedź na nią. Wtedy jeszcze nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, jak wiele do powiedzenia może mieć szatan, jeśli tylko człowiek mu na to pozwoli – opowiada Tomasz, ojciec Justyny.


Bunt nastolatki


Pierwsze problemy duchowe w życiu Justyny zaczęły się już w drugiej klasie gimnazjum. Wtedy, będąc pod wpływem kilku kolegów i koleżanek z klasy, oświadczyła rodzicom, że ma już dosyć tego całego „religijnego cyrku” w domu, nie będzie się z nimi wspólnie modlić i nie chce, by ją do tego zmuszali. – Byliśmy bardzo zaskoczeni i zasmuceni jej zachowaniem. Wiedzieliśmy, że jest to jakiś wyraz buntu, ale nie chcieliśmy pogorszyć sytuacji przez zmuszanie jej do wspólnej modlitwy. Nasz duszpasterz, opiekujący się wspólnotą Domowego Kościoła, poradził, abyśmy uszanowali decyzję córki i jeszcze intensywniej modlili się w jej intencji – wspomina Grażyna, mama Justyny.
W trzeciej klasie gimnazjum Justyna oświadczyła rodzicom, że nie będzie przystępować do bierzmowania, bo nie widzi w tym sensu. To, co najgorsze, miało jednak dopiero nastąpić. W drugiej klasie liceum już całkowicie zerwała z Panem Bogiem. – Czekałam, aż skończę 18 lat. Następnego dnia wypisałam się z katechezy, a rodzicom powiedziałam, że jestem dorosła i mam prawo decydować o swoim życiu. Powiedziałam im również, że Pan Bóg i Kościół przestali mnie obchodzić, a oni – jak jest im to potrzebne do szczęścia – niech sobie wierzą w te bzdury i poddają się manipulacji kleru. Byłam już wtedy pod wpływem paczki moich kolegów i koleżanek, którzy fascynowali się muzyką satanistyczną. Oni nie tylko sprawili, że odsunęłam się od Boga i Kościoła, ale też pociągnęli mnie w stronę okultyzmu i satanizmu – wspomina Justyna.


Zło i Opatrzność


W klasie maturalnej niewiele czasu poświęcała na przygotowanie się do matury. Za to swoje zdolności literackie wykorzystywała, by pisać teksty piosenek, których tematem były śmierć, zło i szatan. Teksty były przeznaczone dla satanistycznego zespołu muzycznego, którego wokalista był chłopakiem Justyny. Rodzice byli zrozpaczeni. – Byliśmy jednak przekonani, że w naszym cierpieniu nie jesteśmy sami, bo nasz Pan jest z nami. Paradoksalnie, to wszystko, co było spowodowane postawą córki, jeszcze bardziej zbliżyło nas do Boga i do siebie. Całkowicie zaufaliśmy Bogu – wspomina Tomasz. – Powiedzieliśmy: „Boże, Tobie powierzamy nasze zmartwienia i nasze życie. Ty nami kieruj i umacniaj naszą miłość” – wspomina Grażyna.
Justyna zdała maturę, choć niewiele się przygotowywała, ale nie złożyła podania na żadną uczelnię. Po maturze pożegnała rodziców i powiedziała, że opuszcza dom i nie chce, aby ktokolwiek jej szukał.
Trzy lata była poza domem. Zerwała wszelkie kontakty. Coraz bardziej brnęła w ciemność satanizmu. Aż wreszcie sięgnęła dna. W każdej chwili czuła, że jakaś ciemna siła jest przy niej, odbiera jej radość i chęć do życia. W końcu targnęła się na swoje życie. O północy, na ławce w parku, podcięła sobie żyły. Myślała, że to będzie lekkie odejście z tego świata. Nie przewidziała jednak, że Opatrzność Boża zdecyduje inaczej. Po chwili znalazł ją „przypadkowy” przechodzień, który zadzwonił po karetkę. Ta przyjechała w niecałą minutę. Pomoc przyszła w ostatniej chwili.
– Pierwsze, co zobaczyłam w szpitalu, to byli moi rodzice. Siedzieli przy moim łóżku. Nawet nie płakali, tylko modlili się na różańcu. Na stoliczku przy łóżku zobaczyłam obrazek w brązowych ramkach. Rozpoznałam go. To był ten sam, który wyrzuciłam z mojego pokoju, gdy „pogniewałam się z Panem Bogiem”. Obrazek Matki Bożej Częstochowskiej. Wtedy go nienawidziłam. Ale w szpitalu, patrząc na niego, czułam coraz większy spokój wewnętrzny. Lęki i demoniczna obecność gdzieś odeszły. Wtedy zrozumiałam, że jestem pod dobrą opieką – wspomina Justyna.
Od tamtego dnia minęło kilkanaście lat, a Justyna – razem z rodzicami – co roku idzie w pieszej pielgrzymce do Częstochowy, do Matki. I nie przestaje dziękować.
Imiona bohaterów zostały zmienione.
W tym roku PPK, która wyruszy 6 sierpnia z Wawelu, będzie też dziękczynieniem za ŚDM. Szczegóły na: www.pielgrzymkakrakowska.diecezja.pl.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama