Nowy numer 44/2020 Archiwum

Najpierw wiara, potem muzyka

Przebywać w jego obecności to dla nas zaszczyt. To prawdziwy człowiek renesansu i kapłan o wielkim sercu – mówią o ojcu  Stanisławie Ziemiańskim SJ jego artyści amatorzy z chóru Corda Cordis.

Pieśni, piosenki religijne i kolędy jego autorstwa zna cała Polska, a napisał i skomponował ich aż 2340. – To, jak głosi opinia krążąca w jezuickim środowisku. o wiele więcej niż wszyscy kompozytorzy razem wzięci od czasów Mieszka  I do czasów współczesnych. Co ważne, o. Stanisław nadal tworzy kolejne pieśni – mówi o. Roman Darowski SJ, który o. Ziemiańskiego zna od 60 lat. Tym bardziej zaskakuje więc fakt, że niewiele osób, śpiewając „Jeden chleb, co zmienia się w Chrystusa ciało”, „Oto święte Ciało Pana” lub „W Betlejem mieście radość wielka” wie, że te kościelne „szlagiery” wyszły spod pióra jezuity, który niedawno skończył 85 lat i mieszka w Krakowie przy ul. Kopernika 26. Warto go poznać.

Małe rączki, małe skrzypce

Sam o. Stanisław uśmiecha się skromnie i mówi, że niczego nie robi dla swojej chwały, lecz na większą chwałę Pana Boga. Słowa „Ad maiorem Dei gloriam” – hasło Towarzystwa Jezusowego i dewiza św. Ignacego Loyoli – są też jego osobistym mottem życiowym. –  Staram się robić jak najwięcej i jak najlepiej. A wszystko, co robię, robię dla nieba – zapewnia zakonnik, który we wrześniu został uhonorowany odznaczeniem „Per musicam ad fidem” (łac. przez muzykę do wiary), przyznanym mu przez Stowarzyszenie Polskich Muzyków Kościelnych w podziękowaniu za ogromny wkład w rozwój muzyki religijnej. O. Stanisław tworzy ją, by pomóc ludziom uwielbiać Boga. – Gdy zapraszano mnie w szeregi stowarzyszenia, protestowałem, że przecież się nie nadaję – nie mam ani magisterium, ani doktoratu w dziedzinie muzyki. Usłyszałem jednak, że to nic nie szkodzi. Co więcej, na ostatnim zjeździe w Poznaniu dostałem takie wyróżnienie – mówi o. Stanisław, dodając, że nazwa nagrody w jego kapłańskim rozumieniu powinna brzmieć odwrotnie: przez wiarę do muzyki. – Najpierw jest wiara, a muzyka jest jej wyrazem. Może ona być piękna, głęboka, ale nie od razu musi być religijna. Wymiar sakralny zyskuje, gdy się ją zastosuje do liturgii – tłumaczy muzyk samouk, który przede wszystkim jest księdzem, a dopiero później profesorem (filozofii) i zdolnym kompozytorem.

Stanisław Ziemiański urodził się 7 września 1931 r. w Besku k. Sanoka i wychował się w bardzo muzykalnej rodzinie. Wszystko, co na muzycznym polu udało mu się osiągnąć, zawdzięcza ojcu Kazimierzowi i temu, czym od pierwszych dni nasiąkał w domu. – Tatuś grał na klarnecie i na saksofonie. Umiał też grać na skrzypcach (choć rzadko na nich grywał) i znał nuty, których mnie uczył, a utwory zapisywał w zeszytach. Chętnie śpiewał też w kościele (prawie do końca swoich dni śpiewał w Besku Różaniec po porannej Mszy św.) i prowadził małą orkiestrę wiejską. Z kolei mama Magdalena miała piękny, mocny głos. Śpiewała w kościele i przy różnych innych okazjach – wspomina jezuita. – Tata z wykształcenia był stolarzem i to on wystrugał dla mnie pierwsze skrzypce, dopasowane do moich małych rąk. Później, gdy ręce rosły, dostawałem coraz większe skrzypce – dodaje.

Ojciec Ziemiański grę na skrzypcach kontynuował również w Małym Seminarium w Nowym Sączu, gdzie należał do gimnazjalnej orkiestry, a potem w nowicjacie oraz na scholastykacie. – Tam śpiewu uczył nas o. Franciszek Lesiński SJ, a kto fałszował, dostawał od niego smykiem po głowie – śmieje się zakonnik. – Opatrzność tak mnie prowadziła, że po przybyciu do Krakowa trafiłem do zespołu, którym kierował o. Józef Łaś SJ. Gdy zmarł, ktoś musiał przejąć dyrygowanie. Padło na mnie i tak już zostało... – opowiada jezuita, któremu przed laty zdarzało się grać przy przyszłym papieżu. Gdy kard. Karol Wojtyła co roku po Bożym Narodzeniu odwiedzał siostry urszulanki i śpiewał z nimi kolędy, akompaniował mu właśnie o. Ziemiański.

Wrażliwy na ludzkie biedy

O. Stanisław związany był z kilkoma chórami, z którymi koncertował (z sukcesami) i podczas tournée zwiedzał świat. Obecnie, od dobrych kilku lat, prowadzi chór Corda Cordis, działający przy krakowskiej jezuickiej bazylice Najświętszego Serca Pana Jezusa. Gdy dyryguje artystami (jest ich ok. 20), widać, że jest w swoim żywiole. – Jesteśmy chórem amatorów, więc o. Ziemiański poświęcił mnóstwo czasu, by nauczyć nas śpiewać. Bardzo dba o poziom chóru i jest dla nas jak ojciec i przyjaciel. Jesteśmy nim oczarowani i mamy ogromny szacunek dla jego wiedzy i postawy – człowieka i kapłana – mówi pani Maria (w chórze od 2005 r.),  a pani Danuta (do chóru trafiła w 2006 r.) dodaje, że o. Stanisław to bardzo mocna indywidualność, jednak gdy się go pozna, ma się wrażenie, jakby się go znało od zawsze. – Przebywać w jego obecności to zaszczyt – przekonuje z kolei pani Magdalena. – Moje życie obecnie nie jest łatwe i tylko tu, dzięki ojcu, potrafię się szczerze śmiać. W młodości (z bazyliką jezuitów jestem związana od dziecka), gdy obserwowałam o. Stanisława, myślałam, że jest człowiekiem oschłym. Teraz wiem, że to wpływ dawnej, surowej szkoły jezuickiej, a o. Ziemiański jest niesamowicie serdecznym kapłanem o wielkim sercu. Kocha ludzi i jest wrażliwy na różne nasze biedy. Urzeka delikatnością i skromnością – opowiada.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama