Nowy Numer 38/2020 Archiwum

Bo królom był równy

90 lat temu, 28 czerwca 1927 r. po południu, marszałek Józef Piłsudski wydał krótki rozkaz oficerom zgromadzonym na dziedzińcu zamku wawelskiego, by odnieśli trumnę Juliusza Słowackiego do krypt królewskich. Sam pogrzeb również miał iście królewską oprawę.

Jan Lechoń napisał w wierszu „Włosy Słowackiego”: „Tę trumnę całą w kwiatach, tę drogę wspaniałą,/ Bicie dzwonów i blask ten co kościół rozjarzył, / Kiedyś sobie ubogi suchotnik zamarzył. / Padły państwa olbrzymie, aby tak się stało”. Lechoń towarzyszył trumnie poety od paryskiej ekshumacji szczątków aż do krakowskiego pogrzebu.

Droga na Wawel

– Już pod koniec XIX w. podejmowano nieudane próby sprowadzenia szczątków Słowackiego do Krakowa, by dołączyły do trumny Mickiewicza spoczywającej od 1890 r. na Wawelu. Henryk Sienkiewicz, wsparty przez malarza Stanisława Witkiewicza, proponował z kolei, by wieszcza pochować wśród tatrzańskich turni. Stanowczy sprzeciw biskupa krakowskiego Jana Puzyny uniemożliwił również kolejną próbę sprowadzenia szczątków poety w 1909 r., w 100. rocznicę jego urodzin i 60. rocznicę śmierci – przypomina Jarosław Kazubowski, publicysta, znawca przeszłości Krakowa.

Sytuacja zmieniła się kilkanaście lat po sprzeciwie Puzyny. W 1924 r. w Krakowie zaczęły się kolejne zabiegi. – Sprawa ruszyła z kopyta w 1927 r., gdy premierem rządu polskiego był marszałek Józef Piłsudski, wielki miłośnik poezji autora „Beniowskiego”. Rząd podjął uchwałę o sprowadzeniu do kraju szczątków wieszcza. W kwietniu premier napisał list do abp. Adama Sapiehy z prośbą o zajęcie stanowiska w sprawie wawelskiego pochówku. Metropolita wyraził zgodę w drodze wyjątku. Chodziło o to, by nie otwierać drogi do kolejnych pochówków w kryptach, gdzie nie było już wiele miejsca – mówi dr Joanna Szarkowa, historyk.

Powołano komitet organizacyjny. Pod okiem prof. Adolfa Szyszki-Bohusza zaaranżowano miejsce w podziemiach wawelskich, łącząc kryptę Mickiewicza z sąsiednią pustą kryptą. Na początku czerwca wszystkie przygotowania do pogrzebu wieszcza były zapięte na ostatni guzik. Ekshumowane 14 czerwca 1927 r. na paryskim cmentarzu Montmartre szczątki zmarłego w 1849 r. poety odbyły triumfalną drogę do kraju. Trumnę wiózł drogą morską statek „Wilia”. Potem zaś na statku „Mickiewicz” płynęła ona Wisłą do Warszawy, zatrzymując się po drodze w Grudziądzu, Toruniu, Płocku, Wyszogrodzie i Modlinie. 26 czerwca odbyło się powitanie na warszawskim pl. Zamkowym.

„Czynimy przede wszystkiem akt sprawiedliwości w stosunku do wielkiego człowieka, którego los wydał na tułaczkę, cierpienia, wygnanie i nędzę. Czynimy zadość upokarzającym dla naszej narodowej dumy wspomnieniom żebraczego niemal pogrzebu w złotny odwieczerz obcego miasta. Na miejsce ubożuchnej trumny kładziemy sztandary narodowe, kładziemy purpurę, marmury i wieńce. Na miejsce przeraźliwej ciszy i opuszczenia stanowimy bicie wszystkich dzwonów, salwy i pochylenie przed nim wszystkich sztandarów” – powiedział tam prezydent Ignacy Mościcki.

Później trumnę przeniesiono z honorami do katedry św. Jana. Następnego dnia w południe specjalny pociąg powiózł trumnę umieszczoną w wagonie wyścielonym wewnątrz purpurą do Krakowa. Po drodze zatrzymywał się na stacjach w: Skierniewicach, Koluszkach, Piotrkowie Trybunalskim, Radomsku, Częstochowie, Zawierciu, Sosnowcu i Katowicach, by mieszkańcy tych miejscowości mogli oddać hołd wieszczowi.

Chyliły się sztandary

O godz. 20.50 pociąg wjechał na krakowski dworzec kolejowy i stanął na wiadukcie nad ul. Lubicz. „Nie zapomnę tego dnia. Panował upał, panowała cisza. Nagle ozwał się przeszywający długi jęk wszystkich lokomotyw stojących na torach. Zaniosły się serdecznym, gorącym szlochem, zapłakały, zawyły i z wolna, z wolna milkły. Był to znak, że Słowacki już jest w Krakowie. Zapadła cisza jeszcze większa, po prostu namacalna, gęsta. Nieprzeliczone tłumy stały jak zaklęte bez oddechu. Trumna niesiona przez oficerów zaczęła się zbliżać od strony rampy. Wtedy stało się jeszcze bardziej cicho. Nie potrafię opisać tej ciszy. Nagle jakaś pani, osoba chyba lat siedemdziesięciu, rzekła szeptem jak najcichszym: „Słowacki... Słowacki...”, po czem rozpłakała; za mnie, za wszystkich, za całe miasto, za całą Polskę” – wspominał po latach na falach Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa publicysta Zygmunt Nowakowski, w 1927 r. dyrektor krakowskiego Teatru im. Słowackiego.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama