Nowy numer 39/2020 Archiwum

Chyba jestem wojownikiem

Jest niepełnosprawnym maratończykiem, który pomaga innym. Pokonał już trasę od Pacyfiku do Atlantyku. Teraz przygotowuje się na wyprawę z południa na północ Stanów Zjednoczonych.

W tym wszystkim ja jestem naprawdę nieważny. Moja niepełnosprawność się nie liczy. Chcę jak najwięcej pomóc chorym dzieciom i zmieniać ich świat – mówi Janusz Radgowski, który opowiadał o swojej niezwykłej pasji w ramach cyklu „Mam wam coś do powiedzenia” w nowotarskiej galerii „Jatki”. Maratończyk przypomniał swoją wyprawę od Atlantyku do Pacyfiku, a jego opowieści były ilustrowane fotografiami. Oto na przykład amerykańska droga i wielkie ciężarówki, które na jego widok zwalniały, a kierowcy go pozdrawiali. Na tej trasie do jego wózka były przypięte dwie flagi – amerykańska i polska.

Czarne indiańskie pióro

– Wiele osób zatrzymywało mnie, dopytywało o cel wyprawy. Zawsze podkreślałem, że jestem z Polski – mówi pan Janusz. – Pamiętam w jednym ze stanów spotkanie z wodzem plemienia indiańskiego, od którego dostałem wielkie czarne pióro – znak wojownika. Bo chyba jestem takim wojownikiem, wojującym o dobro dzieci – dodaje. Podczas wyprawy po Stanach Zjednoczonych maratończykowi pomogła Polonia amerykańska, w tym Podhalanie. Mógł liczyć także na wsparcie polskich służb dyplomatycznych. Nie ma natomiast żadnych wielkich sponsorów. – Zwracałem się do różnych dużych firm, banków, ale nie było odzewu. Mogę za to liczyć na wielką rodzinę z Facebooka i moich kochanych przyjaciół motocyklistów z grupy „Zbóje z Gór” – podkreśla maratończyk. Oprócz podróży po Stanach Zjednoczonych ma na koncie także dystanse Kraków–Sopot i Wadowice–Rzym. Kolejna wyprawa – z południa na północ USA – już w przyszłym roku. Ma nadzieję, że patronat nad nią będzie sprawować Agata Kornhauser-Duda. Z prezydentem Andrzejem Dudą i jego żoną J. Radgowski spotkał się w Amerykańskiej Częstochowie, na zakończenie swojego pierwszego maratonu po Stanach Zjednoczonych. – Wielkie oparcie w tych wszystkich przedsięwzięciach mam w św. Janie Pawle II. Śmieję się, że teraz Ojciec Święty z Jezusem mówią sobie w niebie, że będą mieć dużo pracy w przyszłym roku, aby mi kibicować i wspierać podczas maratonu po Stanach – mówi pan Janusz. – Każdy dzień zaczynam modlitwą za wstawiennictwem Jana Pawła II, proszę go o potrzebne łaski, rozmawiam z nim także podczas planowania trasy – wyznaje maratończyk.

Dedykacja dla dzieci

Pan Janusz w wieku 18 lat zachorował na młodzieńczą cukrzycę, przeszedł amputację nogi, wyszedł z alkoholowego uzależnienia, odzyskał nadzieję po transplantacji nerki i wtedy właśnie zaczął walczyć o powrót do sprawności, a jednocześnie znalazł sens w poświęceniu dla ciężko chorych dzieci. Każdą wyprawę dedykuje maluchom doświadczonym chorobą i niepełnosprawnością: Czarkowi, Klaudusi, Zuzi, Mateuszowi. – Chodzi mi tylko o to, żeby ciężko chore dzieci miały – przez rehabilitację czy leczenie – lepsze życie, lepsze widoki na przyszłość – mówi. Supermaratony wyczynowca na wózku są coraz trudniejsze, ale nie chce robić z siebie męczennika. Do każdej wyprawy przygotowuje się więc bardzo skrupulatnie. Ludzi, których poznał, tych, którzy mu ufają i tworzą lożę kibiców, są już tysiące. I to uznaje za swoje największe bogactwo. Każdemu, kto znalazłby się na jakimś dnie, życiowym zakręcie, mówi wprost: – Popatrz na mnie.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama