Nowy numer 43/2020 Archiwum

Po aborcji nadal jest się matką

- Nie jestem specjalistką od problemu aborcji ani psychologiem. Jestem świadkiem - mówi o sobie s. Małgorzata Słomka, szarytka pracująca od wielu lat z kobietami, które zabiły swoje dziecko.

Zaczęło się w 2005 r., gdy s. Małgorzata wyjechała na misję do Magadanu, gdzie od pewnego czasu posługiwały siostry miłosierdzia z Alaski. - Tam spotkałam starszych ludzi, którzy wiele lat spędzili w sowieckich łagrach, w nieludzkich warunkach. Byli bardzo nieufni i pokiereszowani przez życie. Pan Bóg stopniowo pokazywał mi przestrzenie do działania. Najmocniejsza była jednak ta dotycząca kobiet po aborcji - mówi s. Małgorzata.

Pewnej niedzieli, gdy siostry zasiadały do obiadu, posługujący tam również ks. Michael zaczął płakać, a jego łzy kapały wprost do zupy. W końcu powiedział, że trzeba coś zrobić dla kobiet cierpiących z powodu aborcji, bo on już nie może ich dłużej spowiadać. - Chodziło o to, że spowiadały się wciąż z tego samego grzechu i zastanawiały się, kim teraz mogłyby być ich dzieci. Choć od ich śmierci minęło nawet kilkadziesiąt lat, ból był bardzo silny i nie dawał spokoju - wspomina s. Słomka. Co ważne, te kobiety nie zabijały dzieci dobrowolnie, ale były do tego zmuszane (w łagrach nie wolno było rodzić dzieci), a wcześniej wielokrotnie gwałcone.

Choć każda ciąża od razu musiała być zgłaszana strażnikom, niektóre kobiety próbowały ją ukrywać, bo chciały ocalić poczęte życie. - Ciążę w jakimś momencie było jednak widać. Aborcja była wykonywana bez względu na jej zaawansowanie (nawet do 29. tygodnia) - bez znieczulenia i w prymitywnych warunkach - mówi szarytka, która po pewnym czasie zaczęła prowadzić dla tych starszych już kobiet rekolekcje oparte na wypracowanym w Pensylwanii programie "Winnica Racheli".

- Te kobiety były podwójnymi ofiarami - najpierw przemocy seksualnej, a potem aborcji. Niektóre miały ich nawet kilkanaście, aż z czasem stawały się niepłodne - opowiada s. Słomka.

Później na rekolekcje zaczęły się też zgłaszać młodsze Rosjanki - ateistki, które z różnych powodów zabiły swoje dzieci. - Przychodziły, bo słyszały, że to, co proponujemy, pomaga uporać się z dręczącym je bólem. Słuchając ich historii, odkrywałam w swoim sercu coraz większą miłość do nich i konfrontowałam ją z miłością, jaką Bóg darzy każdego grzesznika. Czułam, że On chce je uleczyć, a najpierw uporządkować ich życie i postawić je w prawdzie - podkreśla zakonnica.

Dla wielu kobiet najważniejszym punktem rekolekcji było duchowe spotkanie ze zmarłym dzieckiem, nadanie mu tożsamości i imienia. To samo dzieje się również podczas rekolekcji, które s. Małgorzata wraz z ks. Arturem Ważnym prowadzi obecnie w Polsce, w Piwnicznej-Zdroju.

- Przyjeżdżają na nie kobiety z całej Polski, w różnym wieku. Niektóre są bardzo młode, inne są starsze i przed odjazdem mówią, że kilkadziesiąt lat czekały na takie oczyszczenie, po którym mogą spokojnie umrzeć. Wszystkie cierpią, bo syndrom postaborcyjny daje o sobie znać na różne sposoby - mówi szarytka i dodaje, że w rozmowach z kobietami po aborcji jak bumerang powraca kłamstwo, któremu uległy. Uwierzyły, że aborcja będzie jak cofnięcie czasu i wymazanie faktu, że kobieta została matką.

- Kobieta jednak matką pozostanie na zawsze, tyle tylko, że nie dziecka żywego, ale martwego. I kiedy ta prawda dociera do świadomości, ból jest wielki - zaznacza s. Małgorzata.


S. Małgorzata Słomka 22 listopada była gościem spotkania "Oszukane? Prawdziwa cena aborcji". W ramach Pól Dialogu zorganizowały go redakcja "Gościa Krakowskiego" i krakowskie biuro Papieskiego Stowarzyszenia "Pomoc Kościołowi w Potrzebie". Świadectwo s. Słomki opublikujemy w numerze 48. "Gościa Krakowskiego" na 3 grudnia.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama