Nowy numer 39/2020 Archiwum

Obiecałam wtedy Panu Bogu...

O Brygidzie Mazgaj mówią, że to swoszowicka Matka Teresa. Tam, gdzie inni rozkładają bezradnie ręce, ona idzie i przekonuje, że spróbuje jeszcze coś zrobić, bo Jezus jej pomoże. I pomaga, a ona ufa Mu bezgranicznie.

Wzorem w pielęgniarskiej codzienności jest dla Brygidy Mazgaj przyszła błogosławiona – Hanna Chrzanowska, o której usłyszała, będąc jeszcze na studiach. Duchowo się z nią zaprzyjaźniła i całkiem sporo już jej zawdzięcza. W odkrywaniu powołania oraz zamiłowania do służby chorym i cierpiącym motywował ją natomiast w młodości inny sługa Boży – o. Rudolf Warzecha, którego poznała na praktykach w szpitalu w Wadowicach i który po ojcowsku podpowiadał, co robić, by się Bogu podobać. O to, by Miłosiernej Samarytance Roku 2017 nie zabrakło sił do działania, nade wszystko dba jednak Jezus Miłosierny, którego mocno kocha. – Jestem pewna, że On mnie też i że Jego miłość się nie kończy. Po przyjęciu Komunii św. często czuję się tak bardzo kochana, że aż płaczę z radości i chcę tak trwać w Bożej obecności – opowiada pani Brygida.

Św. Józef i Maryja o panienkę pytali...

Na pierwszy rzut oka sprawia wrażenie kruchej i delikatnej. To jednak tylko pozory, bo w tej drobnej kobiecie drzemie potężna siła. – To raczej działanie Bożej łaski we mnie – uważa pani Brygida. Dawniej myślała, że nie zasługuje na to, czym Pan Bóg ją obdarza. W końcu odkryła, że nie musi ani na to zasługiwać, ani się nad tym zastanawiać, bo jest po prostu Bożym dzieckiem, a jedno, co powinna zrobić, to zawierzyć się Jego miłosierdziu. O tym, że chciałaby zostać pielęgniarką, po raz pierwszy pomyślała, kończąc szkołę podstawową. Bardzo pomagała jej wtedy mama koleżanki, która traktowała Brygidę jak swoje dziecko (jej własna mama odeszła od rodziny, a tata zmagał się z alkoholizmem). – Czasem, gdy stan taty tego wymagał, biegłam do niej nawet dwa razy w ciągu nocy, a ona cierpliwie radziła, co mam robić. Dawała mi poczucie bezpieczeństwa. Chciałam być tak dobra jak ona. To dzięki niej wiem dziś, że jeśli ktoś dzwoni do mnie w środku nocy, to nie z kaprysu, ale po to, by nie być samemu ze swoim problemem – zaznacza. W wyborze zawodu utwierdziła się, będąc już na praktykach. Wcześniej, kilka miesięcy przed maturą, zmarł jej tata i z dnia na dzień została sama. – Na szczęście Pan Bóg oraz ludzie, poprzez których działał, nie zostawili mnie – podkreśla samarytanka. Sił dodawała jej więc oaza, do której należała, a proboszcz wspierał finansowo, gdy ZUS skasował na kilka miesięcy rentę po zmarłym rodzicu, bo nie wysłała na czas odpowiednich dokumentów. – Miałam niewiele, ale nawet kromką chleba się dzieliłam, gdy na śniadanie przychodziły do mnie dzieci z biednych rodzin – uśmiecha się pani Brygida. Duchowo pomagał z kolei o. Rudolf Warzecha, słynny karmelita bosy, a obecnie kandydat na ołtarze. – Po śmierci taty, kiedy miałam kłopoty ze starszą siostrą i inne problemy, zawsze znajdowałam u niego spokój i pocieszenie. Częstował też obiadem albo herbatą i ciastem. Dawał również mądre rady, a gdy nie byłam u niego dłużej, witał mnie słowami: „A już się św. Józef z Matką Bożą o panienkę pytali!”. Z czasem został moim spowiednikiem – opowiada miłosierna pielęgniarka. Co ważne, w szpitalu w Wadowicach o. Warzecha odnosił się do wszystkich pielęgniarek, także do tych najmłodszych, z wielkim szacunkiem, i tego szacunku uczył ich w stosunku do pacjentów. A gdy odkrył, że Brygida jest bardzo uduchowioną dziewczyną, pomógł jej rozeznać, że pasję do pielęgniarstwa można przekuć na miłość do ludzi ze względu na miłość do Jezusa. – Do dziś jest to moim punktem odniesienia, dlatego każdego dnia powtarzam słowa Chrystusa: „Nie przyszedłem, aby mi służono, ale aby służyć”. I wszystko, co robię, oddaję w ręce Boga – mówi B. Mazgaj.

Pójdź tam ze mną

– Brygida ma to szczęście albo pecha, że przyciąga do siebie pacjentów, którzy gdyby trafili na kogoś innego, to może nie byliby tak dobrze „zaopiekowani”. Ona leczy już samym wejściem do domu chorego i – co jest bezcenne – potrafi bezbłędnie odczytać jego potrzeby, nawet gdy ktoś o nich nie mówi – uważa Nela Łabińska, należąca do krakowskiego Katolickiego Stowarzyszenia Pielęgniarek i Położnych. Wtóruje jej dr n. med. Alicja Klich-Rączka, geriatra, którą B. Mazgaj zna od 25 lat (kiedyś razem pracowały). – Gdyby świat był pełen takich Brygid, na pewno byłby lepszy. Z nikim nie da się jej porównać, a chorym służy z pełnym oddaniem. Nie wiem, czy kiedyś na kogoś się zdenerwowała. Zawsze stara się mieć czas dla potrzebujących. Nie mówi „jutro” ani „później”, tylko jest dziś i teraz – przekonuje pani doktor. Jej słowa potwierdza Mieczysława Tomaszewska, szefowa Fundacji Pomocy Potrzebującym „Nasz Dom” im. św. Brata Alberta w Swoszowicach.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama