Nowy numer 39/2020 Archiwum

Młodzi się nie garną, starzy nie mają zdrowia

Pomimo specjalistycznych kursów czy dotacji unijnych chętnych do bacowania z roku na rok jest coraz mniej. Może się okazać, że nie wszystkie stada owiec wyjdą latem na hale.

Jan Janczy z Regionalnego Związku Hodowców Owiec i Kóz w Nowym Targu podkreśla, że na problemy z bacowaniem nakłada się wiele czynników. – Jest to bardzo trudna i wymagająca poświęcenia praca. Starzy nie mają zdrowia, a młodzi się nie garną – zaznacza. Młodych próbowano zachęcić do pasterstwa poprzez specjalne kursy, ale rozpoczynający się sezon pokazuje, że nie przyniosły one oczekiwanych skutków. – Jak dla mnie było to wywalenie w błoto pieniędzy, które powinny były trafić bezpośrednio do hodowców – oburza się J. Janczy. Innego zdania jest Andrzej Gąsienica-Makowski, były starosta tatrzański, a obecnie doradca marszałka woj. małopolskiego ds. rozwoju Karpat. – Problem z bacami nie jest od tego roku, a kursy właśnie były próbą naprawienia sytuacji – zarzeka się.

Włosi się wycofują

Program kursów na baców i juhasów obejmował szkolenia, ale i część praktyczną u doświadczonych pasterzy na bacówkach. Za praktykę kursanci dostawali nawet wynagrodzenie, około tysiąca złotych. Wśród potencjalnych kandydatów na baców i juhasów byli mężczyźni z wielu zakątków Polski. Jan Janczy dodaje, że z takimi problemami, jakie występują w tym roku, nie spotkał się jeszcze podczas swojej wieloletniej pracy w ZHOiK. Dotyczą one m.in. organizacji i przebiegu wiosennego skupu owiec. Ich głównymi odbiorcami byli Włosi. – Złą robotę robią też ekolodzy i odstraszają w ten sposób Włochów, którzy zaznaczyli, że nie będą brać udziału „w takim cyrku” – twierdzi. – Przecież oni zawsze przewozili owce w dobrych warunkach. Rok temu któreś zwierzę podczas transportu złamało nogę i rozpętała się straszliwa afera. Tymczasem takie rzeczy to po prostu zwykły przypadek, a nie czyjeś celowe działanie. Podhalańska posłanka Anna Paluch doskonale zna temat, ale nie ma złotego środka na jego rozwiązanie. – Wszelkie możliwe dotacje unijne są w zasięgu rolników. Zajmują się ich dysponowaniem specjalne agencje – mówi parlamentarzystka. Dodaje, że kwestie wypasu owiec zapewne będzie podejmować ustawa górska, którą zajmie się polski rząd. Ale nie będzie to wcześniej, jak dopiero w przyszłym roku. – Trudno nie wspomnieć, że polski rolnik w Unii Europejskiej od samego początku był nierówno traktowany. Nawet Słowacy mieli większe dotacje – uważa A. Paluch.

Wypas aż w Bieszczadach

Obecnie na Podhalu objętych dotacjami jest ok. 30 tys. owiec, z czego te najważniejsze to cakle (rasa, która kiedyś była na wymarciu). Hodowlą zajmuje się prawie 300 osób. Stada też są różnej wielkości. Ich liczba wynosi od kilkunastu do nawet kilkuset owiec. W przypadku cakli dotacja na jedną owcę w skali roku to nawet kilkaset złotych. – Wielkość dotacji jest stała, a koszty utrzymania maszyn rosną, podobnie z paliwem. Piętrzą się także wszelkie sprawy formalne, np. wypełnienie wniosków o dotacje, różnorakie kontrole – ubolewa Maria, która wraz z rodziną prowadzi gospodarstwo. W tym roku doszedł jeszcze jeden problem. – Chcieliśmy oddać owce na wypas i nie było komu! Starsi bacowie ze względów zdrowotnych nie wyjdą już na hale albo przyjmują mniej owiec na wypas. Wydawało się, że będzie koniec i trzeba będzie samemu paść. Chodziliśmy od Annasza do Kajfasza. W efekcie nasze owce pojadą aż w... Bieszczady – opowiada pani Maria.

To trzeba kochać

– Wszystko wskazuje na to, że w ciągu najbliższych kilku lat liczba bacówek może się zmniejszyć, a pasterstwo stanie się domeną tylko i wyłącznie kilkudziesięciu baców. I będą to rodzinne interesy. Oscypki i inne produkty regionalne z mleka wydojonego na podhalańskich halach będzie trudno kupić – podkreśla J. Janczy. Trudno sobie też wyobrazić, że owce znikną całkowicie z podhalańskiego krajobrazu. – O to bym się nie obawiał. Z drugiej strony nie dziwię się moim rówieśnikom, że nie chcą w ogóle gazdować. Wolą iść do roboty, np. na budowę na kilka godzin, do tego niedziela wolna i pieniądz jest. A tutaj trzeba przez cały tydzień mocno się wytężać, a do tego nie zawsze przecież jest pogoda. Gazdowanie jest dzisiaj dla tych, co to kochają. Bez tego ani rusz – zaznacza Maks Fryźlewicz, bratanek ks. prał. Andrzeja Fryźlewicza, kapelana kard. Franciszka Macharskiego.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama